
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- 0717. Bright Laurey Harlequin Romans 717 Więcej niż obietnica
- Green_Crystal_ _Usmiech_Losu_02_ _Romans_z_nowym_szefem
- Trish Wylie Ĺťycie jak romans
- Najpiękniejsze opowieści 16 Małżeństwo na niby Sandemo Margit
- Margit Sandemo Cykl Opowieści (10) Gdzie jest Turbinella
- Sandemo_Margit_ _Saga_o_Czarnoksiezniku_Tom_4
- Sandemo_Margit_34_W_Śnieżnej_pułapce
- Margit Sandemo Tajemnica Władcy Lasu
- Najpiękniejsze opowieści 03 Irlandzki romans Sandemo Margit
- 01 Niezgodna Roth Veronica
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- stirlic.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
to zrozumieć. Bardzo mi przykro, Annika - rzekł Ron.
Annika szlochała.
- Och, Martin, jak mogłeś...
Ron mówił dalej:
- Powinniśmy być wdzięczni losowi za to, że Martin przyszedł.
Zapadła cisza. %7ładne nie wiedziało, co powiedzieć.
- Wybaczcie mi oboje - bąknął w końcu Martin. - Zachowałem się jak idiota! Ale
zrozum, Ron, ja...ja...
- Wiem - uśmiechnął się tamten smutno. - Ja także. Ale przewaga jest po twojej
stronie.
Martin drgnął. Poczuł nagle ból w piersi. W tej chwili doszło do nich dalekie, śpiewne
warczenie.
- Aódz - rzekła Annika z ulgą.
Na dworze lunÄ…Å‚ deszcz.
ROZDZIAA XXI
Pozwolili sobie jedynie na kilka godzin snu, dopóki noc była ciemna. O bladym świcie
zebrali się w dużym pokoju, wszyscy z wyjątkiem Rona, oczywiście. Parkinson i Lisbeth
najprawdopodobniej już wcześniej wyszli z domu.
- No, kochani - zaczął uroczyście Martin. - Kochani, nadszedł oto nasz wielki dzień!
Dzisiaj dostaniemy ostateczną odpowiedz. Albo znajdziemy kupkę śmieci, albo koronę króla
Cadallana!
- I królewski miecz - dodała Annika.
- No, nie byłoby zle odnalezć to wszystko - rozmarzyła się Tone. - Ale przecież może
popełniliśmy błąd, niewłaściwie określiliśmy miejsce, może celtyckie regalia wcale nie
zostały ukryte pod kamieniem? Albo może rację ma Parkinson, kiedy się boi, że ktoś przed
nami to odnalazł?
- To absolutnie niemożliwe.
W tej chwili na piętrze rozległy się kroki.
- To pewnie Ron - powiedziała Annika z nadzieją, że nie widać, jak bardzo płoną jej
policzki.
Tej nocy nie spała ani chwili, wciąż i wciąż od nowa przeżywała chwile w zagajniku,
nieustannie widziała jego zielone, roziskrzone oczy lśniące w mroku.
Kroki Rona słychać było teraz na schodach, a po chwili Szkot wszedł do pokoju z
jakimiś papierami w ręku. Twarz miał spokojną i opanowaną jak zawsze, mimo to wyczuwało
się w nim niezwykłe napięcie.
- Co przyniosłeś? - zapytał Martin.
Ron podał mu kartkę.
- Ja niezbyt dobrze rozumiem po norwesku. Myślę jednak, że wy przeczytacie to z
zainteresowaniem.
Tone przyglądała mu się zaciekawiona. Myślała o słowach Parkinsona, że Ron nie jest
tym, za kogo się podaje, że jest w nim coś podejrzanego. Ron rzeczywiście nigdy nie chciał
czytać niczego w języku norweskim, jedynie napisy ogamiczne. Nie najlepiej też widział, a
może posługiwał się innym alfabetem niż oni? Ukradkiem studiowała jego twarz. Była
dziwnie obca. Mongoloidalna być może? Nie, nie mongoloidalna... ale nie był taki wysoki,
jak bywają mieszkańcy nordyckiej północy albo Szkoci, chyba nie pochodził z tej części
świata.
Szpieg? A jeśli tak, to dlaczego?
Przy tym po prostu nie cierpi Parkinsona. Czy to ze strachu? W obawie przed
ujawnieniem?
Wszyscy równocześnie chcieli czytać kartkę Rona.
- Brulion listu, najwyrazniej przerwany - stwierdziÅ‚ Jørgen. Tego ranka Jørgen byÅ‚ w
bojowym nastroju.
- To charakter pisma Parkinsona - powiedział Martin. - Znam go bardzo dobrze, tyle
moich referatów poprawiał przez lata studiów. Ale widzieliście coś podobnego? To list
skierowany do jego przełożonego... Do członka senatu, który ma wpływ na mianowanie
profesorów...
Tone czytała pospiesznie:
- ... chciałbym jak najszybciej zawiadomić, że wkrótce zgłoszę się z nie lada
sensacją... Długa lista niebywałych odkryć... runy ogamiczne ryte w drewnie... A
najciekawsze, to królewski miecz i żelazna korona, bardzo stara... należąca do celtyckiego
króla Cadallana... A to drań! Co on sobie właściwie myśli?
Jørgen wciÄ…gaÅ‚ ze Å›wistem powietrze.
- Poczekaj, poczekaj, czytaj dalej! Niestety, ku mojemu wielkiemu zmartwieniu,
przeżywam tu bardzo nieprzyjemne komplikacje. Otóż kilkoro moich studentów, których
wtajemniczyłem w sprawę, próbuje odebrać mi moje znaleziska będą z pewnością twierdzić,
że to oni dokonali odkrycia dlatego, że w dobrej wierze pozwoliłem im zapoznać się z
wynikami moich badań. Przykra sprawa, ale odbieram to jako jawne sprzysiężenie przeciwko
mnie, do czego zresztą zdążyłem się już przyzwyczaić. Nieustannie spotykam się z ludzką
podłością, wciąż rzuca mi się kłody pod nogi. A wszystko to z zazdrości, rzecz jasna. Często
się tak zdarza. Pan jednak powinien wiedzieć, że odkrycia dokonałem ja osobiście, co
zaświadczam moim honorem pracownika nauki; wpadłem na ślad odkrycia dzięki inskrypcji
na kamieniu w naszym miejskim muzeum (istnieje tam niewielki trójkąt, na który nikt
przedtem nie zwrócił uwagi), pózniej, idąc tym tropem, dotarłem tutaj do Steinheia w Lekna.
Mam nadzieję, że przywiozę znalezisko już wkrótce, wracam do domu...
- No, to już przekracza wszelkie granice! - wybuchnęła Tone.
- Honor pracownika nauki! - prychnął Martin. - A cóż to znowu takiego? A poza tym
ten pan buduje zbyt długie zdania. Jeśli chodzi o język norweski, to ocena będzie kiepska.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]