
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Cykl Indiana Jones Indiana Jones i Siedem Zasłon Rob MacGregor
- (40) Olszakowski Tomasz Pan Samochodzik i ... Potomek szwedzkiego admirała
- (18) Szumski Jerzy Pan Samochodzik i ... Bursztynowa Komnata tom 2
- Anne McCaffrey Cykl JeĹşdĹşcy smokĂłw z Pern (10) Renegaci z Pern
- PS56 Pan Samochodzik i Adam z WÅ¡growca Olszakowski Tomasz
- 17 Zbigniew Nienacki Pan Samochodzik i Testament Rycerza Jędrzeja
- (53) Miernicki Sebastian Pan Samochodzik i ... Gocki książę
- Miernicki Sebastian Pan Samochodzik i ... Pruska korona
- PS19 Pan Samochodzik I Złoto Inków t.2 Szumski Jerzy
- 37 Pan Samochodzik i Wilhelm Gustloff
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- stirlic.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Wziąłem Alinę na ręce i ruszyłem w kierunku chałupy, tak jak mi nakazano. Pies cały
czas trzymał się nogi swojego pana, Dorota zaś zamykała cały pochód. Odniosłem jednak
wrażenie, że było jej głupio i dlatego wolała iść za nami.
- Nie ma was więcej? - zapytał Adam.
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
- Módl się, żeby to była prawda.
Zamknięto nas w cuchnącej starociami komórce. Nasi prześladowcy zignorowali
jęczącą Alinę, stan jej zdrowia nawet ich nie zainteresował. Związali nam ręce z tyłu tułowia i
nogi u kostek. Adam zabrał mi kluczyki do wehikułu i wyszli, zamknąwszy komórkę na
skobel.
- Wytrzymasz? - zapytałem Alinę.
- A mam wyjście?
Trzymała się dzielnie.
- Przepraszam - zaszlochała. - To przeze mnie tu jesteśmy. I co teraz zrobią
Stefanowi?
- Nie wiem. Lecz teraz sami podzieliliśmy jego los. Będą nas tutaj przetrzymywać,
dopóki nie skończą swojego zadania. Wcześniej nas nie wypuszczą.
- Może Stefan jest w chałupie?
- Dlaczego mieliby go tam trzymać, a nie w komórce, tak jak nas?
- Może chcą nas rozdzielić?
Nie miałem pojęcia, co zamierzają zrobić. Z pewnością nasza obecność tutaj
pokrzyżowała im plany, może nawet wpłynie na ich zmianę.
Po chwili na podwórze zajechał jakiś samochód, zaś światło jego reflektorów wdarło
się do wnętrza drewnianej komórki przez małe szpary. Bez trudu poznałem charakterystyczną
pracę silnika. Wehikuł! Adam musiał przyprowadzić pojazd z łąki. Przez kilka następnych
minut nic się nie działo, trzasnęły kilkakrotnie drzwi chałupy, a następnie otworzyły się drzwi
komórki. Zapalono mętne światło. Do środka wszedł Adam z rottweilerem u nogi. Pies
szybko odłączył się od pana i zaczął łazić po zakamarkach, obwąchując każdy kąt z przesadną
dokładnością.
Adam wyciągnął zza paska od spodni pistolet i wycelował we mnie. Mniej uwagi
poświęcił Alinie siedzącej na skrzyni.
- I co, panie konserwator? - zaczÄ…Å‚ ironicznie. - Co tu robisz?
- A jak myślisz? - uniosłem wysoko brwi. - Czy wiesz, że przetrzymywanie ludzi
wbrew ich woli jest karane?
- Być może - westchnął. - Nie dotyczy to jednak włamywaczy. Tak właśnie powiem
policji. Lecz zanim ich zawiadomię, posiedzicie tu sobie dzień, może dwa...
- Kto ci uwierzy? - prychnÄ…Å‚em.
- Nie podskakuj - skrzywił się.
- Gdzie jest Stefan? - zapytała odważnie Alina.
Cień uśmiechu przemknął przez twarz porywacza.
- Ciekawska, co? Prawie jak nasz ministerialny detektyw. Od samego początku byłeś
strasznie ciekawski. I tajemniczy. Ten twój pojazd ukrywający pod maską ponad pięćset koni.
Przebiegły z ciebie osobnik.
- O czym on mówi? - zainteresowała się Alina.
- Nieważne - odpowiedziałem.
Nagle doznałem olśnienia. Było ono tak gwałtowne, że przestałem oddychać i czułem,
jak krew pulsuje mi w skroniach, wystukując szybki rytm. Niewidzialny metalowy młoteczek
walił także w moje serce. Znieruchomiałem i nigdy to określenie tak bardzo nie pasowało do
sytuacji.
- Co ci się stało? - zauważył zmianę na moim obliczu.
- Głowa mnie boli - skłamałem.
Nic więcej nie powiedziałem, gdyż za plecami Adama wyrósł nagle Mietek. Wszedł
tutaj bezszelestnie z jakimś drągiem w ręku. Adam szybko zauważył zdziwienie, jakie
odmalowało się na naszych twarzach, tyle że nie zdążył się już odwrócić. Kierowca zdzielił
go w łeb i młody mężczyzna upadł jak ścięty, wypuszczając z dłoni pistolet oraz kluczyki do
wehikułu. Na tym nie koniec problemów! Wyskoczył skądś rottweiler gotowy do ataku.
Kłapnął paszczą i groznie zawarczał. I nagle ruszył na Mietka, szczerząc w mętnym świetle
żarówki białe kły. Na szczęście Mietek nie stracił głowy. Był typem bystrym i w porę zabrał
leżący na podłodze pistolet. Wycelował w psa i nacisnął spust. Zamiast potężnego huku i
zapachu prochu, rozległ się cichy strzał. Pies wyhamował. Zaczął prychać w chmurze gazu, a
następnie dał drapaka na zewnątrz. Słyszeliśmy jego popiskiwania za zabudowaniami.
- Mietek? - wyrwało się Alinie.
- Zledziłem was - rzucił dumnie.
- Ty... ty chciałeś zabić tego psa?
- A co miałem robić? Dać się zagryzć na śmierć?
- Psu nic się nie stanie - rzuciłem twardo. - Nałykał się trochę gazu.
Nie była to odpowiednia pora na zadawanie pytań. Mietek też tak uważał i bez
zbędnych słów odwiązał krępujące nasze członki więzy. Ominął leżącego bez ruchu na
podłodze Adama, zgarnął kluczyki do wehikułu i rzucił mi je.
- Do chałupy! - zakomenderowałem.
W domu - oprócz śpiącego na łóżku w małej izdebce Romka - nie znalezliśmy
nikogo. Otwarte okno w sąsiedniej izbie wskazywało, że Dorota uciekła stąd zaalarmowana
strzałem. Przeszukaliśmy pozostałe pomieszczenia, lecz wszystkie były puste. Nigdzie nie
było Stefana!
- I co teraz zrobimy? - zmarszczyła czółko Alina.
- Nie wiem - odpowiedziałem i przeniosłem spojrzenie na Mietka. - Czy możesz mi
teraz powiedzieć, jak nas tutaj znalazłeś? I czemu zawdzięczamy twoją pomoc?
- Kierownik kazał mi pana śledzić - odpowiedział spokojnie kierowca. - Opla
pożyczyłem od kumpla.
- To ty?! - wyraziłem zdziwienie.
- Ja.
- Panowie - jęknęła Alina. - Wy wszyscy powariowaliście?
- Pan Wojciech obiecał dyskrecję - zdziwiłem się.
- Dostałem służbowe polecenie - tłumaczył się kierowca. - Kierownik lubi wiedzieć,
co naprawdę dzieje się na jego podwórku. Powinniście się cieszyć, że was śledziłem. Dzięki
mnie żyjecie.
Miał dużo racji.
Na stole w izbie znalezliśmy zamknięty laptop, którego Dorota nie zdążyła zabrać ze
sobą. Chciałem go otworzyć i sprawdzić jego zawartość (mogło się okazać, że to studentka
była ową L.L.), lecz z podwórza doszedł nas odgłos zapalanego auta. Nagle zaczął szczekać
rottweiler. Wyskoczyliśmy z chałupy jak oparzeni. Punciak wykręcał z piskiem opon przed
domem, otarłszy się niemal o mój wehikuł, pies wystraszony naszym nagłym pojawieniem się
dał nogę. Jego pan miał go w nosie! Auto ruszyło w stronę rynku. Zdawało mi się, że
wewnątrz auta siedziały dwie osoby. Jeden rzut oka na otwarte drzwi komórki upewnił nas, że
Adam zniknął z szopy. Odzyskał zatem przytomność i uciekał ze swoją lubą.
- Szybko za mnÄ…!
Mietek rzucił się w stronę zaparkowanego w głębi uliczki opla. Właśnie mijał go
punciak .
- Za mną! - krzyczał kierowca, biegnąc do swojego opla.
Jak miałem mu powiedzieć, że oplem nie dogoni łatwo fiata punto i że tylko
wehikułem możemy tego dokonać? Mietek nie wiedział, co kryła maska mojego pojazdu, a i
czasu nie było na wyjaśnienia. Nie wiedziała o tym także Alina i dlatego pobiegła za
Mietkiem. Tym bardziej nie dziwiła mnie jej reakcja, że był on zawodowym kierowcą.
Mietek był świetnym rajdowcem (zresztą już wcześniej dał tego dowód, uciekając
przed wehikułem). Opel wyrwał za punciakiem z imponującym zrywem, gdy ja dopiero
przekręcałem kluczyk w stacyjce. Ale oto zawarczał groznie silnik wehikułu napędzany pracą
swoich cylindrów. Ruszyłem z kopyta za Mietkiem, słysząc potworne ujadanie psa.
Na ciągnącej się aż pod kościół drodze żwirowej nie dałbym rady prześcignąć nawet
rowerzysty. Droga była tutaj zbyt wąska. To był powód mojej spokojnej jazdy. Wkrótce koła
wehikułu poczuły pod sobą asfalt. Znalazłem się na ulicy biegnącej przez rynek. Opel
objeżdżał brawurowo koliste skrzyżowanie, kierując się na pobliską autostradę i domyśliłem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]