
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Balogh Mary Niebezpieczny krok
- Linz Cathie Niebezpieczne flirty
- 1047. Roe Paula Grzeszne zauroczenie
- 055. Howard Linda NiezaleĹźna Ĺźona
- 036. Armstrong Lindsay śÂšlub w Australii
- Niemycki_Mariusz_ _Ptak,_Cyna_i_luneta_wisielca
- 011. Holder Nancy Jedyna
- Jerry Pournelle Birth Of Fire
- Biggle, Jr Lloyd Pomnik
- Jack London Michael, Brother of Jerry
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- soffa.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
odmiana.
Raszid ze zrozumieniem pokiwał głową.
- MacLeish się zgadza - dodała pospiesznie. - Zasugerował mi, że
powinnam poprosić Vince'a, aby mnie zawiózł do obozu. Nie mogłabym
pojechać sama, bo to gdzieś w samym sercu pustyni. Zgubiłabym się.
- Na co więc czekasz? Rozmawiałaś już z Vince'em na ten temat? Nie
można siedzieć nad tymi zdjęciami z założonymi rękami i nic nie robić.
Ostry głos Raszida wzbudził w niej natychmiast oburzenie. Jak śmiał
mówić do niej takim tonem?! Najpierw miał czelność narazić ją na wątpliwą
przyjemność oglądania, jak obściskuje się ze swoją kochanką, a teraz zachowuje
siÄ™ impertynencko stosunku do niej.
Nie pozwoli, by tak ją traktował, postanowiła.
114
R S
Odważnie spojrzała mu prosto w oczy.
- Zdaję sobie z tego sprawę - powiedziała oschle.
- Oczywiście, rozmawiałam z Vince'em, ale, niestety, ma bardzo napięty
plan zajęć. Jego asystent wziął urlop, a on musi się zająć rozgrywkami
piłkarskimi i konferencją ministrów do spraw ropy naftowej. Nie starczy mu
czasu, żeby mnie tam zabrać. Dla pana wiadomości, ten obóz nie znajduje się
tuż za rogiem - zauważyła ze złością.
Raszid uniósł brew, zaskoczony jej wybuchem. Odchylił się w fotelu.
- Jak to daleko stÄ…d?
- Nie wiem dokładnie. Kilka godzin jazdy. Wyprawa zajęłaby większą
część dnia.
Raszid milczał przez moment, rozważając coś w myślach, a potem
pochylił się w jej stronę.
- Kiedy masz następny wolny dzień? Angela musiała się zastanowić.
- Jestem dość zajęta, ale mogłabym przesunąć niektóre sprawy i wtedy
miałabym wolną środę.
- W takim razie w środę rano. - Zabrał zdjęcia ze stołu. - Przygotuj
magnetofon.
- Ale jak...? - Angela patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc. - Jak niby
mam się tam dostać?
Spojrzał na nią znad biurka.
- Spokojnie, habibti. Ja cię zawiozę. Spędzimy razem dzień na pustyni.
115
R S
Jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu taka perspektywa podniecałaby
Angelę do szaleństwa. A teraz nie potrafiła wyobrazić sobie bardziej wymyślnej
tortury. Wiedziała o jego romansie z Lalithą i sam widok Raszida mroził jej
krew w żyłach. Cały dzień spędzony w jego towarzystwie to ponad jej siły.
Zaczęła zdawać sobie sprawę z uczuć, które do niego żywiła, i prawda
poraziła ją. Angela nigdy dotąd nie miała pojęcia, jak ważną rolę Raszid
odgrywał w jej życiu.
Mieszkała w jego domu, brała udział w jego życiu rodzinnym.
Przyzwyczaiła się do niego. Polubiła go. Czuła się dobrze w jego towarzystwie.
Wytworzyła się między nimi swego rodzaju więz.
Co gorsza, podświadomie wierzyła, że ta bliskość będzie trwać między
nimi, może pewnego dnia przerodzi się w coś poważniejszego, wykraczającego
poza związki przyjazni. W głębi duszy marzyła o tym, choć za nic w świecie nie
przyznałaby się do tego, nawet przed sobą.
Głupie, naiwne, zuchwałe marzenie, Angela skarciła się w myślach. Teraz
rozpadło się na tysiące kawałeczków. Wszystko skończone.
Oczy napełniły jej się łzami. Raszid znalazł już kobietę swojego życia.
Miejsce, o którym skrycie marzyła, było zajęte.
Następnego dnia w redakcji Angela przyłapała się na obserwowaniu
Lalithy, która od powrotu z Indii sprawiała wrażenie jakby nowo narodzonej.
Tak wygląda zakochana kobieta, pomyślała gorzko Angela, przypominając
sobie czułość, z jaką Raszid powiedział Lalithcie: Naprawdę cieszę się z
twojego powrotu".
Zgrzytnęła zębami. Nie wolno jej dłużej tak się dręczyć. Nie wolno jej
myśleć o związku Raszida i Lalithy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie powinna
116
R S
myśleć o Raszidzie. Musi znalezć sposób, aby przezwyciężyć to niebezpieczne
zauroczenie.
W środę Raszid zabrał ją z redakcji swoją białą, terenową toyotą, z
napędem na cztery koła.
- Przepraszam za małe spóznienie - powiedział skruszonym głosem. -
Siedziałem za biurkiem od szóstej rano, żeby wygospodarować jakoś wolny
dzień. Zajęło mi to trochę więcej czasu, niż się początkowo spodziewałem.
Spojrzała na jego ciemną, spokojną twarz, osłoniętą białą kaffiją.
- Stanowczo za ciężko pracujesz - powiedziała miękkim głosem. - Nikt
nie powinien pracować tyle godzin. Wykończysz się, jeśli będziesz tak dalej
postępował.
W odpowiedzi uśmiechnął się do niej. Pod wpływem jego spojrzenia
Angela zadrżała.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]