
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Carolyn Faulkner Bound By Love (pdf)
- DeNosky_Kathie_Tornado_Burza_uczuc_01
- Kowalski Wierusz Jan Poczet papieśźy
- 306. DUO Sanderson Gill Doskonala pielegniarka
- Filosofia do Sec. XX BACHELARD, G. O Direito de Sonhar
- Lucio_Anneo_Seneca Tratados_morales
- Druon, Maurice Los Reyes malditos 6, La flor de lis y el león
- Jackson Braun Lilian Kot, który 12 Kot, który znaśÂ‚ kardynaśÂ‚a
- Norton Andre Lot ku planecie
- The Billionaire's Baby 4 New Beginnings Helen Cooper
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- soffa.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ściciel stajni opłakiwał swój utracony dobytek, ale pożar nie rozniósł się nigdzie
dalej.
Brawo, kapitanie, brawo! gratulował Tynian ze szczytu murów.
Tylko nie przesadz mruknÄ…Å‚ do niego Ulath.
Po raz pierwszy widziałem, że ci ludzie robili coś pożytecznego prote-
stował Tynian. Trzeba to docenić.
Wzniecimy jeszcze kilka pożarów, jeżeli chcesz ? zaproponował potężny
genidianita. Możemy zatroszczyć się, aby przez cały tydzień nosili wodę.
Tynian podrapał się za uchem.
Nie powiedział po chwili zastanowienia. Może im się to w końcu
znudzić i jeszcze zechcą pozostawić w spokoju płonące miasto. Spojrzał na
Kurika. Czy chłopiec uciekł? zapytał.
Ześliznął się po linie niczym wąż odparł giermek Sparhawka próbując
ukryć dumę.
Pewnego dnia będziesz nam musiał powiedzieć, czemu ten chłopiec nazy-
wa ciÄ™ ojcem.
Może kiedyś dojdzie do tego, szlachetny panie Tynianie mruknął Kurik.
Wraz z pierwszymi blaskami wschodzącego słońca w wąskiej uliczce rozległ
się tupot setek maszerujących nóg. Potem przed bramą pojawił się Dolmant, pa-
triarcha Demos, jadący na białym mule na czele kilku oddziałów żołnierzy w czer-
wonych mundurach.
Wasza świątobliwość pachnący dymem kapitan zasalutował wychodząc
spomiędzy pilnujących bramy gwardzistów.
Jesteś wolny, kapitanie zwrócił się do niego Dolmant. Możesz wró-
cić ze swoimi ludzmi do koszar powiedział i westchnął z odrobiną niechęci.
Rozkaż im, żeby doprowadzili się do porządku poradził. Przypominają
kominiarzy.
196
Patriarcha Coombe rozkazał mi pilnować tego domu wyjaśnił kapitan
kłaniając się. Czy mógłbym wysłać kogoś, by potwierdzić rozkazy waszej
świątobliwości?
Dolmant zastanawiał się przez chwilę.
Nie, kapitanie powiedział. Raczej nie. Zejdz ze służby natychmiast.
Ale, wasza świątobliwość. . . !
Dolmant klasnął w dłonie i żołnierze za jego plecami zajęli pozycje nadsta-
wiajÄ…c piki.
Poruczniku zwrócił się łagodnie do dowódcy swoich oddziałów czy
byłbyś tak dobry i odprowadził kapitana wraz z jego ludzmi do koszar?
W tej chwili, wasza świątobliwość odparł oficer salutując.
Myślę, że powinni tam pozostać, dopóki nie zaczną wyglądać jak należy.
Oczywiście, wasza świątobliwość. Osobiście dokonam przeglądu.
Drobiazgowego, poruczniku, dro-bia-zgo-we-go. Wygląd gwardzistów nie
może przynosić ujmy honorowi Kościoła.
Wasza świątobliwość może polegać na mnie w zupełności. Odpowiedni
wygląd wszystkich żołnierzy gwardii jest sprawą honoru dla oficerów naszej służ-
by.
Bóg doceni twoją pobożność, poruczniku.
%7łyję po to, by Mu służyć, wasza świątobliwość. Oficer skłonił się nisko.
%7ładen z nich przez cały czas nie uśmiechnął się ani nawet nie mrugnął okiem.
Och, zanim odejdziesz, poruczniku rzekł Dolmant po chwili przy-
prowadz do mnie tego małego żebraka. Obowiązuje nas dobroczynność, więc zo-
stawię go z braćmi tego zakonu.
Oczywiście, wasza świątobliwość. Oficer strzelił palcami i krzepki sier-
żant przyciągnął Talena za kark przed oblicze patriarchy Demos. %7łołnierze Do-
lmanta przyparli kapitana i jego ludzi do murów zamku i szybko ich rozbroili,
a potem odprowadzili do koszar.
Dolmant poklepał smukłą szyję swego białego muła i spojrzał z dezaprobatą
na mury.
Jeszcze nie wyruszyłeś, Sparhawku? zapytał.
Właśnie szykujemy się do drogi, wasza świątobliwość.
Dzień już wstaje, mój synu. Temu, kto służy Bogu, powinno być obce
lenistwo.
Będę o tym pamiętał, wasza świątobliwość rzekł Sparhawk. Zmrużył
oczy i spojrzał ostro na Talena. Oddaj to polecił.
Co? zapytał Talen z udręką w głosie.
Wszystko. Do ostatniego drobiazgu.
Ale. . .
Natychmiast, Talenie.
197
Mrucząc coś pod nosem, chłopiec zaczął wyciągać z kieszeni różnego rodzaju
kosztowne drobiazgi i kładł je na dłonie zdumionego patriarchy Demos.
Teraz jesteś zadowolony, dostojny panie? zapytał trochę smutno, spo-
glądając w górę na mury.
Niezupełnie, ale na początek wystarczy. Upewnię się dopiero, jak cię ob-
szukam, gdy już wejdziesz za bramę.
Talen westchnął. Sięgnął do ukrytych kieszeni i dorzucił jeszcze kilka klejno-
tów do pełnych dłoni Dolmanta.
Mam nadzieję, że zabierasz z sobą tego chłopca, Sparhawku? zapytał
patriarcha Demos chowając swoje kosztowności.
Tak, wasza świątobliwość odparł Sparhawk. To dobrze. Będę spo-
kojniej spał wiedząc, że nie kręci się po ulicach. Zpiesz się, mój synu, niech cię
Bóg prowadzi. Dolmant zawrócił muła i odjechał.
Rozdział 15
. . . W każdym razie ciągnął Tynian opowieść o burzliwych przygodach
z czasów swojej młodości okoliczni baronowie z Lamorkandii mieli dość tych
ciągłych zbójeckich napadów i przybyli do siedziby naszego zakonu, by prosić
nas o pomoc w pozbyciu się złoczyńców. A ponieważ byliśmy już znudzeni cią-
głym patrolowaniem granic Zemochu, więc przystaliśmy na to z ochotą. Szczerze
mówiąc, potraktowaliśmy tę sprawę jako rodzaj ćwiczeń: kilka dni ostrej jazdy
zakończone mile orzezwiającą walką.
Sparhawk pozwolił swoim myślom wędrować swobodnie. Tynian mówił nie-
przerwanie, odkąd opuścili Chyrellos i przekroczyli granice południowego kró-
lestwa Cammorii. Początkowo opowieści były zajmujące, ale stopniowo zaczęły
się powtarzać. Z jego słów wynikało, że był bohaterem wszystkich ważniejszych
bitew i potyczek, jakie zdarzyły się w ciągu ostatnich dziesięciu lat na kontynen-
cie Eosii. Sparhawk doszedł do wniosku, że rycerz z Zakonu Alcjonu był nie tyle
samochwałą, co wspaniałym gawędziarzem, który zawiązuje akcję opowieści wo-
kół własnej osoby, by łatwiej trafić do słuchaczy. Dzięki tym gawędom czas mijał
szybciej i podróż traktem do Borraty nie dłużyła się.
Słońce grzało tu mocniej niż w Elenii, a wietrzyk pędzący pierzaste chmur-
ki po ciemnobłękitnym niebie sprawiał, że w powietrzu pachniało jakby wiosną.
Dookoła rozciągały się nie tknięte mrozem, wciąż jeszcze zielone pola, a trakt
niczym biała wstążka opadał w doliny i wznosił się na zielone zbocza wzgórz. To
był dobry dzień do jazdy i Faran wyraznie się nią rozkoszował.
Sparhawk zdążył sobie już wyrobić zdanie o każdym ze swoich towarzyszy.
Pan Tynian bardzo przypominał z usposobienia wesołka Kaltena, jednak jego mu-
skularny tułów i sposób trzymania broni świadczyły o tym, że w razie walki byłby
trudnym przeciwnikiem. Pan Bevier był może odrobinę zbyt zasadniczy. Rycerze
Zakonu Cyriników słynęli ze swoich nienagannych manier, bardzo łatwo było ich
również urazić. Z Bevierem trzeba się obchodzić jak z jajkiem i Sparhawk posta-
nowił porozmawiać z Kaltenem, by zaniechał psot i żartów, w które zamieszany
byłby młody cyrinita. Jednakże w razie kłopotów Bevier także mógł być bardzo
pomocny.
199
Pan Ulath natomiast był wielką niewiadomą. Cieszył się wspaniałą opinią, ale
Sparhawk nie miał zbyt często do czynienia z rycerzami Zakonu Genidianu z da-
[ Pobierz całość w formacie PDF ]