
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Gordon Barbara (Zajączkowska Mitzner Larysa) Ewa wzywa 07... 114 Dolina nocy
- GR695. McCauley Barbara Prywatne Ĺźycie gwiazdy
- Boswell_Barbara_Wiecej_niz_zycie_RPP078
- E book Alojzy Feliński Barbara Radziwiłłówna
- Delinsky Barbara Samotne serce
- McMahon Barbara Ballada o miloÂœci
- Rosiek_Barbara_ _Bylam_Schizofreniczka
- Herbert Zbigniew Barbarzyńca w ogrodzie
- Barbara Delinsky Pišty mężczyzna
- Nie do pobicia Barbara Wilson
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- stirlic.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
eskorty, która poprowadzi ich do Damaszku.
Vita nie mogła powstrzymać rozbawienia, kiedy się zorientowała, że jej
przewodnik bardziej niż ona obawia się zagrażających im niebezpieczeństw.
Wierząc jednak, że nie zrobi jej zawodu w ostatniej chwili i nie zdecyduje
się wrócić do Włoch zamiast jej towarzyszyć, zmieniła lemat rozmowy.
- Chciałabym, aby pan opowiedział mi o beduińskich małżeństwach -
poprosiła, doskonale już wiedząc, że signor Dira lubi brzmienie swego głosu.
- Większość Beduinów zadowala się jedną żoną - odpowiedział. -
Ceremonia ślubna jest bardzo prosta.
- Jak wygląda? - zapytała Vita.
- Zazwyczaj pięć lub sześć dni po talabie (talab - tak u Beduinów
nazywają się zaręczyny) pan młody przychodzi do namiotu ojca panny
młodej z jagnięciem w rękach i zarzyna je w obecności świadków. Gdy tylko
krew tryśnie na ziemię, ceremonię ślubną uważa się za zakończoną.
- Ale chyba bawiÄ… siÄ™ potem?
- O tak, bawią się znakomicie, dużo przy tym śpiewając i jedząc. - Signor
Dira urwał i po chwili, starannie dobierając słów, dodał: - Tuż po zachodzie
słońca pan młody udaje się do namiotu ustawionego w pewnej odległości od
głównego obozu. Tam w odosobnieniu oczekuje na swoją oblubienicę.
Vita uśmiechnęła się.
- Myślałam, że to raczej oblubienica oczekuje na swego oblubieńca.
- Nigdy w życiu! Panna młoda, nieśmiała i zatrwożona, biega od jednego
namiotu do drugiego, aż w końcu zostaje schwytana przez pozostałych
członków plemienia i triumfalnie wprowadzona przez kobiety do namiotu
pana młodego.
- Czy ona naprawdÄ™ siÄ™ tak opiera?
- Oczekuje się od niej, aby krzyczała i wyrywała się - odpowiedział signor
Dira - ponieważ takie zachowanie uważane jest za skromne, a to przystoi
młodej dziewczynie. Czasami oblubienica opiera się tak rozpaczliwie, że
mąż musi ją bić, aby stała się uległa!
Vita pomyślała, że to bardzo prymitywny zwyczaj, lecz zachowała tę
uwagę dla siebie. Gdy tylko skończyli kolację, podziękowała przewodnikowi
za uprzejmość i udała się do swojej kabiny.
Morze nieco się uspokoiło, tak więc rozebrała się z łatwością. Zanim
poszła spać, raz jeszcze pomyślała o koniu pod pokładem statku. Gdyby go
nie nakarmiła i nie napoiła, teraz by cierpiał. Wyobrażała sobie, jak bardzo
zły byłby jej ojciec, gdyby którykolwiek z jego koni został tak potraktowany
przez stajennego. Postanowiła, że jeśli będzie na to czas, prześliznie się
następnego ranka do ładowni i przed przybyciem do Bejrutu ponownie
odwiedzi ogiera.
Spała jednak do pózna i miała jedynie czas na ubranie się i pozbieranie
rzeczy, bo już signor Dira pukał do drzwi jej kajuty, aby powiadomić, że
zbliżają się do portu.
Pośpieszyła na pokład. Głęboko wciągnęła powietrze do płuc, rozkoszując
się pięknem gór wznoszących się ponad małym miasteczkiem. Słońce
wspaniale świeciło, co sprawiało, że szczyty gór, wciąż pokryte śniegiem,
mieniły się w jego blasku. Podziwiała obsypane kwiatami migdałowce i
brzoskwiniowe drzewa, które porastały wzgórza, sięgając prawie linii wody.
Miasto, z kwadratowymi białymi domami i płaskimi dachami, po
wieżyczkach i kopułach Neapolu wyglądało niezwykle urzekająco i
prawdziwie orientalnie.
Stała przy nadburciu statku, który coraz bardziej zbliżał się do zatoki.
Kiedy signor Dira podszedł do niej, zapytała:
- Ciekawa jestem, czy z koniem wszystko w porzÄ…dku?
- Mam nadzieję, że stajenny przyszedł już do siebie - odpowiedział
przewodnik.
- Myślę, że powinniśmy porozmawiać z nim i powiedzieć, jak zle postąpił
- oświadczyła Vita. - Jeśli nie mógł sam zająć się koniem, powinien
przynajmniej kogoś o to poprosić. Poza tym gdyby trochę pomyślał, nalałby
wody do wiadra przed wypłynięciem z portu.
- Nie sądzę, aby było rozsądne karcić służącego szejka Szaalana -
nerwowo sprzeciwił się signor Dira.
- Coś mi się zdaje, że boi się pan szejka - prowokująco powiedziała Vita.
- On ma ogromną władzę, signorina.
- Mimo to uważam, że jedno z nas powinno porozmawiać z tym
człowiekiem - obstawała przy swoim Vita. - W przeciwnym wypadku zrobi
to ponownie i w końcu naprawdę wyrządzi krzywdę dobremu i cennemu
koniowi.
Signor Dira nic nie odpowiedział. Vita zrozumiała, że absolutnie nie chce
się on mieszać w nie swoje sprawy. Pomyślała, że prawdopodobnie obawia
się zemsty ze strony Beduinów. Jednocześnie sama myśl o tym, że
ktokolwiek może tak traktować zwierzę, doprowadzała ją do furii. Była
pewna, że jeśli podróż trwałaby dłużej, to Beduin, wciąż trapiony morską
chorobą, nie uczyniłby nic dla konia, którego miał pod opieką.
Uświadomienie sobie, że stojący obok niej signor Dira zastanawia się, czy
lepiej będzie stracić twarz przed nią, odmawiając udzielenia reprymendy
stajennemu, czy też wzbudzić gniew szejka, mieszając się do jego spraw.
Nagle, gdy statek płynął już wzdłuż nabrzeża portu, z ust signora Diry
wyrwał się okrzyk:
- Wszystko w porządku, signorina! - powiedział szybko. - Nie musi się już
pani dłużej martwić o ogiera!
- Dlaczego? - zapytała Vita.
W odpowiedzi signor Dira wskazał na Araba, który stał trochę na uboczu,
czekając aż statek przybije do nabrzeża. Ubrany był tradycyjnie w kombar -
długą białą szatę z narzucona na nią czarną abbah wyszytą złotem, po tym
można było poznać, że to ważna osobistość. Na nogach miał żółte buty,
które były przedmiotem podziwu Beduinów, a na głowie białą kaffiah,
ozdobioną czterema sznurami uplecionymi z wielbłądziego włosia.
Gdy podpłynęli bliżej, Vita zauważyła, że u pasa miał olbrzymi nóż z
rękojeścią wysadzaną cennymi kamieniami, a kiedy była już na tyle blisko,
aby zobaczyć jego twarz, uświadomiła sobie, że to ktoś bardzo ważny. Szejk
zdawał się nieco wyższy od otaczających go mężczyzn. Poza tym trzymał
głowę z władczą wyniosłością, co jeszcze podkreślało jego dostojeństwo.
- A więc to właśnie jest szejk Szaałan al-Hasajn! - powiedziała niemal
bezgłośnie, wymawiając słowa w sposób, który signor Dira określił jako
bezbłędny.
- Tak, signorina! Lecz to jest wróg, zawzięty wróg. Proszę to zapamiętać.
Wróg szejka Madżuela al-Mazraba i jego żony!
Vita spojrzała na Araba z wyraznym zainteresowaniem.
Tymczasem statek przybił do brzegu i signor Dira ponaglał Vite do
zebrania swoich rzeczy, tak aby byli jednymi z pierwszych, którzy zejdą po
trapie na ląd. Znaleziono tragarza, który zajął się bagażami, i kiedy Vita
zeszła na brzeg, ze wszystkich stron otoczyła ją mieszanina dzwięków,
jakich do tej pory jeszcze nigdy nie słyszała. Była niepocieszona, że nie zna
arabskiego na tyle, aby zrozumieć, co mówią dookoła. Do jej uszu dobiegały
[ Pobierz całość w formacie PDF ]