
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Krentz Jayne Ann Damy i awanturnicy 02 Poszukiwacz skarbow
- Jayne Ann Krentz Jak woda na pustyni
- Krentz Jayne Ann Książę ciemności
- Krentz Jayne Ann Ukryte talenty
- Ann Rule Everything_She_Ever_Wanted
- Coulter Catherine Młoda pani Sherbrooke
- Essentials of Maternity Newborn and Women's Health 3132A 01 p001 020
- Cecily von Ziegesar 04 Plotkara 4. Bo jestem tego warta
- 286. Lee Miranda Wymarzona willa
- A. Maclean Jedynym wyjśÂ›ciem jest śÂ›mierć‡
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- stirlic.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Tylko że Carla nie interesują takie rzeczy, on jest mózgowcem, jak sam
słusznie zauważyłeś.
Sugerowanie, że Haze jest tylko i wyłącznie górą mięśni, a rozumem nie
grzeszy, było wyjątkowo niesprawiedliwe, ale Lori poczuła złośliwą
radość; gdy zobaczyła, że trafiła tym stwierdzeniem w jego czuły punkt.
- Zastanawiałem się wiele razy, czemu na początku sprawiałaś wrażenie,
jakbym ja... - Mówił powoli, wyraznie, jakby myślał głośno. - Nie byłem
za bardzo w twoim typie, miałem długie włosy, ale przecież wydawałem ci
siÄ™ interesujÄ…cy...
- Wielkie nieba. - Lori przewróciła oczyma. - Czy istnieje na świecie
mężczyzna, który nie uważa, że jest interesujący?
- Nie znałaś nikogo takiego jak ja - ciągnął, jakby nie słyszał, co przed
chwilą powiedziała.
- Rzeczywiście - prychnęła. - Nigdy nie spotkałam faceta, który w jednej
chwili rozłupuje nożem orzech kokosowy, a w drugiej zaprasza kobietę na
kolacjÄ™.
- Od samego początku byłaś mną zafascynowana. Ciągle gapiłaś się na
moje włosy, potem nie mogłaś oderwać wzroku od tatuażu...
- Twoja wyobraznia jest równie żywa, jak kolory twej kurtki - odcięła
siÄ™, rumieniÄ…c siÄ™ po same uszy.
Haze podszedł do niej blisko, po czym nie odrywając wzroku od jej
twarzy, oparł dłonie na ścianie po obu stronach jej głowy.
- Przyznaj, kusiła cię perspektywa przygody ze mną - wycedził przez
zęby. - Byłem dla ciebie czymś nowym, nieznanym. ..
Lori wciągnęła głęboko powietrze w płuca. Miała ogromną ochotę
uderzyć go, żeby przestał wreszcie opowiadać takie rzeczy. Uniosła rękę,
lecz on był szybszy. Chwycił ją za nadgarstek i przysunął się jeszcze
bliżej, tak że całym ciałem przyciskał ją do ściany. Widać było, że z
trudem panuje nad wściekłością.
- Ale w końcu stchórzyłaś. Poszłaś do swego hotelowego apartamentu i
obmyśliłaś dla mnie inne zastosowanie.
- Nieprawda - zaprotestowała słabym głosem. Było jej gorąco, nie mogła
oddychać, a w dodatku jego bliskość odbierała jej zdolność logicznego
myślenia. - Mówisz tak, jakbym była okropną materialistką, a ja nie...
- Nie jesteś? - warknął. - To dlaczego przysłałaś mi tę cholerną
intercyzę? Czyżbyś się obawiała, że wezmę z tobą rozwód i wniosę sprawę
o alimenty?
- To nie ja - broniła się. - Mówiłam, że to nie jest konieczne, ale wuj
Clark się uparł, by ją przygotować. Nawet nie wiedziałam, że ci ją posłał.
Haze przysunął się jeszcze bliżej.
- A może ja też mam coś do dodania do tej umowy, moja oddana żono? -
uśmiechnął się cynicznie. - Bądz co bądz muszę bronić swych praw, czyż
nie? A co będzie, jeśli w pewnym momencie usłyszysz tykanie zegara
biologicznego i zechcesz mieć dziecko? Oświadczam ci, że tego typu
usługi wymagają dopłaty.
Lori krzyknęła z wściekłości i oburzenia, po czym kopnęła Haze'a z
całej siły w kostkę.
- Auu... Do diabła! - ryknął, zaciskając z bólu oczy.
- Mam nadzieję, że cię to dobrze zabolało, ty podły draniu. Nie obawiaj
się, jeśli mój zegar biologiczny zacznie tykać, na pewno nie zgłoszę się do
ciebie po twoje... twoje... - Urwała, nie wiedząc, jak to nazwać.
- Moje usługi? - podsunął, otwierając jedno oko.
Lori zarumieniła się, ponieważ nieposłuszna wyobraznia podsunęła jej
obraz, oddający ze szczegółami naturę tych usług.
- Przepraszam cię, ale mam dużo pracy - powiedziała w końcu, próbując
wyrzucić sprzed oczu ów realistyczny obraz.
Spokój, powtarzała sobie w duchu. Spo - wdech - kój - wydech. Zawsze
się tak relaksowała, tylko jakoś tym razem nie pomagało.
Haze nie odsunÄ…Å‚ siÄ™ od niej ani na milimetr, ale z zainteresowaniem
obserwował jej wysiłki, mające na celu jako takie uspokojenie się.
- Proszę, proszę, z pełnej pasji kobiety przeistaczasz się w zimnego
robota i to na moich oczach - skomentował z drwiną w głosie.
- Wam, mężczyznom, nie sposób dogodzić - nastroszyła się. - Jeśli
wkładam ładną sukienkę, jestem nieprofesjonalna, a nawet prowokująca,
jeśli kostium, nazywacie mnie agresywną i niekobiecą. Gdy tracę
opanowanie w biurze, jestem nadpobudliwa i niedojrzała, a kiedy jestem
opanowana, wtedy mówicie, że przypominam robota. Moglibyście
wreszcie wydorośleć!
Nie mogąc już dłużej znieść jego bliskości, spróbowała wydostać się z
jego ramion, ale bez. skutku. W jej oczach zalśniły łzy.
Haze popatrzył ze zdumieniem na jej drżące usta.
- Lauro, kochanie - szepnął, głaszcząc ją czule po policzku.
- Nie nazywaj mnie Laurą - mruknęła, odwracając głowę. Nie nazywaj
mnie kochaniem, dodała w myślach.
Pogładził ją w milczeniu po włosach, potem przesunął palcem po jej
dolnej wardze, aż w końcu pochylił głowę i dożył na jej ustach czuły,
tkliwy pocałunek.
Lori była oszołomiona tą niewinną pieszczotą. Trzęsła się na całym
ciele, wczepiona rękoma w poły jego kurtki. Gdy przytulił ją mocno do
siebie, oplotła go ramionami i poszukała jego ust. Tym razem ich
pocałunek nie był niewinny. Stanowił raczej gorączkowe wyznanie
nagromadzonej od tygodni tęsknoty, przemożnego pragnienia stopienia się
w jedną całość... Lori poczuła, jak ogarnia ją słodka słabość.
- Pani Tate, och! - ktoś urwał skonsternowany.
Haze powoli podniósł głowę. Na progu stała jedna z asystentek Lori.
- Najmocniej przepraszam, ale drzwi były otwarte i... - tłumaczyła się
niepewnie.
- Nic nie szkodzi - odparł Haze spokojnie, nie wypuszczając Lori z
objęć. - Przyszedłem tylko przywitać się z żoną. Nie widzieliśmy się od
jakiegoÅ› czasu.
Asystentka wyszła, wprost pękając od sensacyjnej wiadomości. A więc
wreszcie mogli zobaczyć tego enigmatycznego męża pani dyrektor. Za
godzinę wszystkie urzędniczki będą rozmawiać tylko o nim, o tym
wysokim, przystojnym i seksownym facecie, który został, nie wiedzieć
czemu, mężem Lorelei Tate.
Tymczasem Lori, uwolniona wreszcie z objęć Haze'a, jęknęła z
rozpaczy. Przez tyle lat broniła swej prywatności, by zostać przyłapana w
niedwuznacznej sytuacji z... własnym mężem.
- Musiałeś to powiedzieć? - warknęła. - Teraz w całym budynku nie
będą mówić o niczym innym.
- A co, wolałabyś, aby opowiadali, że w swoim własnym gabinecie
uwodziłaś mężczyznę, który nie jest twoim mężem?
- To nie ja ciebie uwodziłam, lecz ty mnie - sprostowała gniewnym
głosem.
- Nie doceniasz swych możliwości, kochanie. Gdyby nam nie
przeszkodzono, znalezlibyśmy się na kanapie...
Lori postanowiła zignorować jego ostatnią uwagę, zwłaszcza że sama
była zaskoczona swym zachowaniem. Po kilku chwilach nabrała powietrza
w płuca i podeszła do Haze'a.
- Posłuchaj, naprawdę jestem zajęta - odezwała się. - Powiedz mi, po co
przyszedłeś?
- Po Amandę - padła lakoniczna odpowiedz.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]