
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Duquette Anne Marie Ocalony przez miłość
- Baccalario_Pierdomenico_ _Kod_królów
- McMahon Barbara Ballada o miloÂści
- Cities in Flight James Blish
- Destiny Blaine [Menage Amour 151] Love's Unselfish Gift (pdf)
- Bialer_Anna_ Szcz晜›cia_tekśźe_chodzć… _parami
- Smith Guy Trzesawisko 2 Wedrujaca Smierć‡
- Carlo Levi Cristo si e fermato a Eboli
- Mortimer Carole Dziedzic i panna
- Carter Rosemary NierozśÂ‚ć…czni
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- spholonki.keep.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Uśmiechnął się do niej, gdy wchodzili do gabinetu Snape'a.
- Moja droga pani profesor, zawsze mogę liczyć na tę unikalną odmianę pani optymizmu,
prawda? - Z pewnością mógł. I to był optymizm, powiedziała sobie McGonagall. Musiała myśleć o
ukaraniu Harry'ego, ponieważ ukarać mogła bezpiecznego i zdrowego Harry'ego... Harry'ego, który
przeżyje tę katastrofę, tak jak przeżył wszystkie inne. Dzięki niej pożałuje, że się w ogóle urodził.
- Severusie - zawołał Albus, rozglądając się po zaskakująco pustym biurze. McGonagall sądziła,
że Snape będzie przyrządzał tu jakąś paskudną miksturę, by ocalić Harry'ego, albo przynajmniej
przeglądał książki. - Cóż, zostawiłem go w jego mieszkaniu - powiedział Albus i skierował się do
drzwi na tyłach pomieszczenia, które stały otworem. To było dziwne. McGonagall znała Snape'a od
dawna i nigdy nie sądziła, że Snape może zostawić swoje prywatne kwatery niestrzeżone, nawet
jeśli sam był we środku. Co było jeszcze bardziej dziwne, drzwi chwiały się na zawiasach, jakby
otwarto je z wielką siłą.
- Severusie? - zawołała niepewnie, wkraczając do bawialni. Nie było tu nikogo, ale kolejne drzwi
były otwarte: te do sypialni Snape'a. Stojący obok niej Albus stężał, po czym ruszył szybkim
krokiem. McGonagall podążyła za nim, nagle wypełniona strachem... no, większym strachem - choć
nie wiedziała czemu.
Kiedy wkroczyli do sypialni Snape'a, widok, jaki ukazał się jej oczom, był tak dziwaczny, że
McGonagall była przez moment pewna, że całe to zdarzenie jej się śni. Tak. Obudzi się i opowie o
tym Fleur, a Fleur opowie jej jakieś mugolskie brednie o psychologii, o jakich czytała, i będą się
śmiać, ponieważ nie wezmą tego na serio...
Ponieważ, w rzeczy samej, jak ktokolwiek mógłby wziąć coś takiego na serio? Harry Potter leżał
nieruchomo jak nieboszczyk pod stertą koców w łóżku Severusa Snape'a, mając z jednej strony
właśnie jego, zaś z drugiej Ronalda Weasleya i Hermionę Granger, jedno w objęciach drugiego. I
wszyscy wydawali się głęboko spać.
Obok niej Albus wydał długie westchnienie. No, to nie brzmiało odpowiednio.
- Profesorze Snape! Weasley! Granger! Co to ma znaczyć? - zawołała, mając świadomość, że
brzmi wybitnie idiotycznie, ale czując, że musi przynajmniej spróbować. Nawet nie drgnęli. Nie
oczekiwała tego. Odwróciła się do Albusa, chcąc prosić o wyjaśnienie.
Ubiegł ją, jak zawsze. Podszedł do łóżka i schylił się, by podnieść z podłogi szklaną fiolkę.
- Oneiroxenos - powiedział cicho, czytając z etykiety. - Och, dobra robota, Severusie, mogłem
się spodziewać... - Popatrzył na cztery ciała w łóżku. - Ale przyznaję, że nie spodziewałem się, że
zaangażujesz w to pannę Granger i pana Weasleya. Ciekawe, jak do tego doszło.
- Do tego! Do jakiego "tego"?
- Ten eliksir - oznajmił Albus, wciąż na nią nie patrząc - to oneiroxenos, który pozwala
człowiekowi wejść w sny drugiej osoby. Bardzo niebezpieczny i raczej nielegalny, więc naturalnie
Severus ma trochę pod ręką. Co do ogólnego obrazu... Wydaje mi się, że oglądamy właśnie
62
SERIA HERBACIANA - część 7 O g i e ń P r z e z O g i e ń
najdziwniejszÄ… misjÄ™ ratunkowÄ… w dziejach Hogwartu.
I tak chyba naprawdę było. Ona i Albus zostali jeszcze przez kilka chwil, ustalając, że cała
czwórka na łóżku jest pozbawiona świadomości, ale nie grozi im żadne fizyczne zagrożenie. Będzie
potrzebować trochę czasu, by pogodzić się z myślą, że Harry Potter postanowił stoczyć wojnę o
brytyjski świat czarodziejów całkowicie w swojej głowie. I trochę więcej, by zaakceptować, że
Severus Snape w jakiś sposób brał w tym udział. Tak wiele pytań... zbyt wiele. A McGonagall nigdy
nie była cierpliwa, gdy przychodziło do rozwiązywania tajemnic. To był jej słaby punkt, gdy należała
do Niewymownych, lata temu, w walce z Grindelwaldem.
- Pospieszcie się z pobudką - rzuciła temu niezwykłemu kwartetowi, po czym opuściła lochy,
wracając do swoich książek, a Albus do swoich, choć żadne z nich nie miało nadziei, że są w stanie
w jakikolwiek sposób pomóc.
Fleur czekała na nią, gdy wróciła do mieszkania. Kochana dziewczyna nic nie powiedziała, jeśli
nie liczyć zaniepokojonego spojrzenia wielkich, wilgotnych oczu, gdy wręczała McGonagall filiżankę
gorÄ…cej herbaty.
Potem Fleur usiadła obok na szezlongu, kładąc na jej kolanie ciepłą, delikatną dłoń. I w tym
momencie, jak podczas wielu innych, Minerwa McGonagall z zadowoleniem wspomniała dzień, gdy
nauczyła Fleur, że młoda francuska dziewczyna nie powinna drażnić - ani kusić - starej szkockiej
kobiety.
***
- Nie zadowala mnie - powiedział Lord Voldemort - twój brak użytecznych informacji. Chyba nie
oczekiwałeś niczego innego?
Twarz klęczącego przed nim Lucjusza Malfoya przybrała bardzo przyjemny odcień zieleni.
- Nie, mój panie. Błagam o wybaczenie. Podwoję i potroję wysiłki. - To było to, co Voldemort
lubił u Lucjusza: mężczyzna zawsze miał na podorędziu moc wymówek, jednak wiedział też, kiedy
nie powinien się do nich uciekać. W tej chwili Voldemort nie był w nastroju do słuchania wymówek.
Błagania o przebaczenie i czołganie się przed nim były bardziej na miejscu i w zakamarkach umysłu
cenił, że Lucjusz potrafił to zrozumieć.
Na przedzie umysłu pozostał jednak chłodny gniew.
- Nie brak mi popleczników, Lucjuszu. Nie jesteś niezastąpiony. Nie zamierzam jednak stracić
więcej śmierciożerców niż to konieczne. - Wiedział, że wszystko to powiedział już wcześniej. Lekcje
jednak trzeba było powtarzać, chyba że powtórki już go zmęczyły, a w takich przypadkach ci,
którzy nie zdążyli się nauczyć, przeważnie umierali. I to też było dobre. - Jeśli musisz umrzeć,
zdecydowanie wolę, byś zginął za słuszną sprawę. Moją sprawę. Czy nie wolałbyś umrzeć z
honorem, Lucjuszu, niż w hańbie? Raczej jak wojownik niż ścigane zwierzę? - Bardzo dobrze zdawał
sobie sprawę, że Lucjusz wolałby w ogóle nie umrzeć... a było to uczucie, które Lord Voldemort
całkowicie podzielał. Co ostatecznie nie zmieniało niczego.
- Oczywiście, mój panie - wymamrotał Lucjusz bez pożądanej dawki entuzjazmu. Voldemort
postanowił mu wybaczyć. Lucjusz ma zadanie do wykonania.
- Bardzo dobrze. Przekaż synowi, że życzę sobie, by przed wieczorem skontaktował się z
Ferrarą, być może inni z moich sług zrobią to, czego ty nie jesteś w stanie. A potem idz i zastanów
się, czy możesz się do czegoś przydać. Zawsze jest pierwszy raz. Skontaktuj się z... - Prawie
powiedział "Yaxley", zanim przypomniał sobie, że ona nie żyje. - Ze Smithem - dokończył, niemal
wybity z rytmu. - Zobaczcie, czy uda się wam coś odkryć. - Na moment oparł czoło na opuszkach
palców.
- Tak, mój panie. Panie? Dobrze się czujesz?
- Nic mi nie jest - warknął Voldemort, unosząc na chwilę głowę. - Zejdz mi z oczu. - Ponownie
pomasował czoło. - Jestem tylko trochę zmęczony.
***
Wchodząc w sny Harry'ego Pottera, Snape był przygotowany, a przynajmniej tak mu się
wydawało, na wszystko. Pamiętał równomierny marsz Furii poprzez czarny piasek, gdy szły na jego
spotkanie, gdy spadał, pamiętał krwistoczerwone niebo i zawodzenie wiatru.
Tu jednak było zdumiewająco spokojnie. Czuł, że powinien się bać, ale tak nie było. Zamiast
pędzić w powietrzu, szedł, niemal spacerem, ścieżką z jasnozielonego kamienia, która prowadziła
przez tunel. A przynajmniej wydawało mu się, że to tunel. Tak było przyjemniej i spokojniej niż
myśl, że mógł być otoczony próżnią nieograniczonej przestrzeni. Poza tym ciemność wokół niego
[ Pobierz całość w formacie PDF ]