
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Jacqueline Lichtenberg [Dushau Trilogy 02] Farfetch
- Jacquemard Serge Requiem dla krĂłla zbrodni
- Diamond, Jacqueline One Night Stand
- York Rebecca Intryga i milosc 05 Moje dziecko moj skarb
- Baird Jacqueline Nad jeziorem Garda
- Gordon Dickson Dragon 03 The Dragon on the Border (v1.3)
- Cartland Barbara Ognista krew
- Taylor Janelle 02 Mój kochanek, mój wróg
- Sub
- Grzech pierworodny tom2
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- szarlotka.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Nie trzeba - mruknęła, wzruszona nieco tym gestem. - Lepiej ty go załóż. Jako
rodowity Włoch nie jesteś przyzwyczajony do chłodnego klimatu.
Zaśmiał się łagodnie.
- Dziękuję za troskę - odrzekł i objął ją ramieniem.
R
L
T
- Domyślam się, że w porównaniu z widokami, które masz we Włoszech, ten nie
robi na tobie wrażenia - powiedziała, wskazując ręką zabarwioną na różowo wodę, w
której gasło słońce.
- Robi. I to wielkie - odparł, zatapiając w niej mroczne, pożądliwe spojrzenie. -
Masz jednak rację. Południowe wybrzeże Włoch, mam na myśli okolice Kalabrii, jest
niezwykle malownicze.
- Tam właśnie mieszkasz?
- Tak, mam tam dom. Większość czasu spędzam jednak w Rzymie, ponieważ tam
znajduje się główna siedziba mojej firmy. W tej chwili jednak mieszkam w swoim lon-
dyńskim apartamencie.
- Masz w Londynie własne mieszkanie? - zapytała zdziwiona.
Spodziewała się raczej, że zameldował się w jakimś luksusowym hotelu.
- Tak. Mam apartament w kamienicy, której jestem właścicielem. Zazwyczaj za-
trzymuję dla siebie jakieś lokum w budynkach, które kupuję. Dlatego posiadam aparta-
menty w Nowym Jorku, Sydney i Ameryce Południowej. Swobodniej się czuję we wła-
snych czterech kątach niż w hotelach, nawet tych najdroższych.
- Szczęściarz z ciebie.
Poczuła na sobie jego intensywne spojrzenie.
- Pokażę ci jutro moje mieszkanie. Jeśli masz ochotę.
- Dobrze - odparła odruchowo. Natychmiast się poprawiła: - To znaczy, z przyjem-
nością.
Zac zaśmiał się pod nosem.
- Teraz już możesz w moim towarzystwie mówić dobrze" tak często, jak tylko
chcesz - uspokoił ją.
- Dobrze - odrzekła z szerokim uśmiechem.
Przeszli jeszcze kilkadziesiąt kroków, gdy nagle zerwał się silny, zimny wiatr.
- Robi się chłodno. Wracamy - oświadczył.
Sally w drodze powrotnej broniła się z całych sił przed tym, by nie poczuć do Zaka
czegoś więcej. Jego troskliwe gesty, komplementy, czułość, z jaką ją dotykał - to wszyst-
R
L
T
ko ją zdumiało i przeraziło. Musiała cały czas przypominać sobie, że to nie historia miło-
sna, tylko układ". W końcu zasnęła z głową na jego ramieniu.
- Sally? - Jego niski głos sprawił, że podniosła powieki. - Jesteśmy już na miejscu.
- Och - zmieszała się. - Przepraszam. Nie chciałam zasnąć...
- Nic nie szkodzi. Ciepłem swojego ciała umiliłaś mi prowadzenie auta.
Znowu poczuła, jak się rumieni. Zac wysiadł z samochodu, otworzył drzwi z jej
strony i ujął jej dłoń.
- Chodz. Zapakujemy cię do łóżka.
Uniosła głowę, by spojrzeć w jego przystojną, ciemną twarz.
- Dziękuję za miły wieczór - mruknęła uprzejmie, wyswobadzając dłoń z jego uści-
sku. - Nie musisz mnie odprowadzać do mieszkania.
- Muszę - zaoponował natychmiast.
Nachylił się i złożył na jej ustach krótki, słodki pocałunek.
Nie miała siły protestować. Weszli do budynku i wjechali windą na górę. W
mieszkaniu Sally zapytała:
- Napijesz siÄ™ kawy?
- Nie, dziękuję. W twojej obecności nie potrzebuję środków pobudzających - od-
parł półgłosem, po czym nagle zaczął rozpinać guziki jej sukienki, przywierając wargami
do jej ust.
Sally była oszołomiona. Sukienka zsunęła się z jej ramion i opadła na ziemię. Jego
dotyk stawał się coraz śmielszy. Dłoń zbliżyła się do stanika.
- Nie! - zawołała nagle.
Zac zamarł w bezruchu, po czym zrobił krok do tyłu.
- Masz rację. Nie jesteś jeszcze gotowa na to, co chodzi mi po głowie - odrzekł
spokojnie, chwycił ją w ramiona i zaniósł na antresolę do łóżka.
Leżała sztywno, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Z jednej strony
chciała, by jak najprędzej opuścił jej mieszkanie, a z drugiej - by został i dokończył to, co
zaczął. Jego spojrzenie było nieprzeniknione. Po dłuższej chwili wyjął z tylnej kieszeni
portfel, z którego wyłowił wizytówkę.
R
L
T
- Oto numery telefonów, dzięki którym możesz się ze mną skontaktować - oświad-
czył beznamiętnym tonem. - Ten na samym dole to numer mojej komórki. - Rzucił wizy-
tówkę na stolik przy łóżku.
- To nie jest niezbędne. Przecież wiesz, gdzie mnie szukać.
Przeszył ją ostrym spojrzeniem. Był teraz chłodnym, wyniosłym mężczyzną, nie
mającym nic wspólnego z czarującym dżentelmenem, którego udawał cały wieczór. Wy-
rzucała sobie w duchu, że tak łatwo dała mu się nabrać.
- Pozwól, że to ja będę decydował, co jest zbędne, a co nie - oświadczył lodowato,
po czym znowu wprawił ją w konsternację, składając na jej ustach powolny, niemal czu-
ły pocałunek. - Zpij dobrze. Do zobaczenia jutro.
Odwrócił się i opuścił jej mieszkanie. Był na siebie zły. %7łałował, że zaproponował
jej ten przeklęty układ". Nie potrafił traktować jej jak kochanki, którą sobie kupił. Wo-
lałby, aby Sally była po prostu kolejną kobietą, którą uwiódł w konwencjonalny sposób.
Nie zasługiwała na ten odrażający, emocjonalny szantaż, który jej zafundował. Miał na-
dzieję, że wkrótce Sally zapomni o układzie" i zacznie z własnej woli dążyć do przeby-
wania w jego towarzystwie. I dzielenia z nim łóżka. Odtwarzając w myślach ich wspól-
nie spędzony dzień, jej reakcje na jego pocałunki, gesty i słowa, był niemal pewny, że tak
się właśnie stanie.
R
L
T
ROZDZIAA DZIESITY
Nazajutrz, gdy Sally wychodziła z budynku British Museum, jej spojrzenie spoczę-
ło na Zaku, który stał u podnóża schodów, i jej serce na kilka chwil przestało bić. Miał na
sobie czarny biznesowy garnitur oraz śnieżnobiałą koszulę. Wyglądał jak ucieleśnienie
bogatego, wpływowego, przystojnego potentata, którym przecież był, o czym Sally czę-
sto jednak zapominała. Nie mogła uwierzyć, że kochała się z tym właśnie mężczyzną,
który był zapewne obiektem westchnień niemal każdej kobiety, która na niego spojrzała.
- Nareszcie - odezwał się pogodnym tonem, podszedł do niej i pocałował ją.
Sally, nagle pozbawiona tchu przez jego usta, zachwiała się i wpadła przypadkowo
w objęcia Charlesa, który wyszedł za nią z budynku.
Zac natychmiast chwycił jej rękę i przygarnął do siebie.
- Uważaj, cara. - Błysnął białymi zębami, uśmiechając się jak drapieżnik. - Twój
szef jest gotów pomyśleć, że celowo rzuciłaś mu się w ramiona. - Wbił wzrok w zdumio-
nego Anglika. - Miło mi, Charles. Sally wiele mi o tobie mówiła. - Wyciągnął dłoń, którą
Charles odruchowo uścisnął, nadal skonfundowany zachowaniem nieznajomego.
- Znasz tego mężczyznę, Sally? - zapytał.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, głos zabrał Zac.
- Och, tak. Aączy nas bardzo bliska znajomość. Prawda, kochanie?
Twarz Sally oblała się szkarłatnym rumieńcem.
- To Zac Delucca, mój... znajomy - wydukała, nadal zmieszana.
- Ach, ta wasza angielska rezerwa - zaśmiał się Włoch. - W moim kraju zamiast
znajomy", powiedzielibyśmy raczej wprost: kochanek.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]