
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Konopnicka Maria O krasnoludkach i o sierotce Marysi
- Gordon Abigail Lekarz policyjny
- Johnson_Sabeeha_ _Bazar_korzenny
- Harrison Kathryn PocaśÂ‚unek
- 0748621520.Edinburgh.University.Press.Christian.Philosophy.A Z.Jul.2006
- Charlotte Lamb Na śÂ›mierć‡ i śźycie
- Card Orson Scott PśÂ‚omieśÂ„ serca (pdf)
- Lovelace Merline Francuskie rozkosze
- James Fenimore Cooper Oak Openings (PG) (v1.0) [txt]
- Instalowanie maszyn i urzć…dześÂ„ wraz z ukśÂ‚adem zasilania i zabezpieczeniami
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- spholonki.keep.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
często kłopotów. Boimy się zapuszczać nim na dalsze trasy, aby nie rozkraczył się na drodze.
Niespodziewana propozycja eksploatowania stojących bezużytecznie wozów Unrra uratowała
nas z opresji. Na pierwszy rzut zawitały do bazy dwa pięciotonowe diesle marki Thornycroft.
Nieszczęsnego forda odstawiliśmy natychmiast na bok. Zapadło postanowienie, że na jednego
siada Wacek, na drugiego ja. Prawo jazdy stało się automatycznie potrzebne. Z duszą na
ramieniu wybrałam się do Sopotu na odbywający się raz w tygodniu egzamin. W poczekalni
tłoczyło się kilkudziesięciu mężczyzn w różnym wieku. Nerwowo przepytywali się
nawzajem. Złożyłam w okienku papiery, nastawiając się na parogodzinne czekanie. Koledzy
po fachu poinformowali, że egzaminatorzy są bezwględni. Wypytują twardo i szukają tylko
pretekstu, aby delikwenta oblać. Obcieli już siedmiu kolejnych amatorów szoferstwa,
deprymując tym pozostałą resztę. Wywołanie mego nazwiska zaskoczyło mnie. Nawet nie
zdążyłam się zdenerwować. - Czy już moja kolej? - zdziwiłam się. - Nie, ale jedynej kobiecie
zrobimy wyjątek - odparł sekretarz wprowadzając na salę. - No i po co było obywatelce
prawo jazdy? - spytał grubszy jegomość w okularach, kiedy usiadłam przed komisją. - Mam
samochód i... - A... to obywatelka posiada samochód - przerwał ze zdziwieniem. - Tak -
odparłam speszona. Natychmiast zorientowałam się, że fakt posiadania wozu wcale nie
usposobił go przychylnie. - Dobrze się obywatelce powodzi - stwierdził z lekką ironią
rozpierając się wygodnie za stołem. - Niecały rok po wojnie i już samochód! A prawo jazdy
już kiedy obywatelka miała? - Tak, przed wojną. - To i samochód pewno także? - spytał
zjadliwie. - Tak... mieliśmy... - odparłam automatycznie i ugryzłam się w język. - A więc
pochodzenie kapitalistyczne - stwierdził z triumfem. - Od razu tak myślałem. No cóż,
przepytajcie obywatelkę z przepisów drogowych. Jutro zobaczymy jak jezdzi. - Ale ja chcę
zdawać zawodowe - zaprotestowałam. - Amatorskie mi niepotrzebne, mam wóz ciężarowy!
Zdumienie komisji nie miało granic. Wszyscy czworo wytrzeszczyli oczy. Spojrzeli
porozumiewawczo po sobie i zaczął się egzamin. Widząc ich nastawienie, orientowałam się
dobrze, że będą się starali mnie oblać. Tym bardziej postanowiłam się nie dać. Wzięto mnie w
krzyżowy ogień pytań. Zacisnęłam ręce w napięciu i wysilając całą pamięć skupiłam się, aby
nie popełnić omyłki. Przeskakiwali z tematu na temat, używali chytrych podstępów i
kruczków. Jednak dzięki pomocy Wacka wszystko było jasne, proste i zrozumiałe. Aż się
sama zdziwiłam! Powoli nabierałam coraz większej pewności siebie. Egzamin trwał pół
godziny. Pomimo wysiłków całej komisji zdałam go bez zastrzeżeń. - No cóż, wyuczyła się
obywatelka - przyznał pan w okularach. - Ale teoria to jeszcze nie wszystko. "Praktyczny"
trzeba zdać i to co najmniej na półtonowym wozie! Wstałam od stołu z uczuciem ulgi. To
było gorsze niż matura! Sekretarz wypuścił mnie z sali egzaminacyjnej i wywołując
następnego dodał: - No i nie wstyd wam panowie, to dziś pierwszy zdany egzamin! - Fiuuu...
- zagwizdał ktoś z podziwem , a reszta spojrzała z zazdrością. Na egzamin praktyczny Wacek
doradzał wziąć lekkiego i łatwego w prowadzeniu opla. Postanowiła jednak zadać fasonu do
końca. Zdawać nie na półtonowym jak chcieli, ale na pięciotonowym thornycrofcie. Gdy ten,
mało jeszcze znany kolos, wtoczył się na podwórko i wypełnił je basowym grzmotem,
wszyscy byli zaskoczeni. - Cóż ta forteca tu robi? - zdziwił się jeden z członków komisji. -
Przyjechałam na egzamin - oznajmiłam wyskakując z szoferki. Efekt był piorunujący. Kiedy
wykonałam jeszcze swobodnie wymagane ewolucje po ulicach miasta, przyznano mi
jednomyślnie zawodowe prawo jazdy. Ogłosili oficjalnie, że jestem tutaj pierwszą kobietą,
która je uzyskała. A sam prezes Związku Zawodowego Transportowców wyraził swoje
uznanie i zaprosił na chrzestną matkę sztandaru, którego uroczyste poświęcenie ma się odbyć
w najbliższym czasie. Powróciłam do bazy szczęśliwa, pusząc się jak paw. Wieczorem
oblewaliśmy u Januszów fakt, że naszej ekipie przybył nowy zawodowy kierowca. Wacek
dumny z mego sukcesu nazywa mnie teraz "Misio pan szofer". Misiem nazwał, kiedy
zauważył, że podobnie jak niedzwiedz odczuwam ogromną potrzebę snu. Zmieję się, że
zawsze, gdzie siÄ…dÄ™ tylko na chwilÄ™, nawet na trasie w szoferce, momentalnie usypiam. - A
misio śpi - stwierdza Wacek. - Dajcie mu spać, taka jego natura! Widocznie potrzebuje. I nie
pozwala budzić, kiedy drzemię w rogu kanapy, gdy po powrocie do bazy rozliczamy się w
mieszkaniu u Januszów. Te wieczory po pracy są dla nas cudowną chwilą wytchnienia i
odpoczynku. Po całodziennej harówce lokujemy wozy w garażach i z rozkoszą biegniemy do
ciepłego mieszkania, gdzie skostniali i przemarznięci powoli wracamy do życia. Serdeczna
atmosfera tego domu spowodowała, że jest to nie tylko baza interesów, ale równocześnie
jedyne prawdziwe przyjacielskie oparcie w naszej samotnej egzystencji. Po zainkasowaniu
gotówki zaraz organizuje ktoś flachę, a Ewa na poczekaniu szykuje przekąskę. Szoferskim
zwyczajem, nie zdejmując kożuchów ani futrzanych czap, wychylamy na rozgrzewkę po parę
głębszych. Cudowna błogość, która wstępuje wraz z krążeniem gorącego płynu w żyłach
napawa rozkoszą. I tak co dzień. Zaczyna się od zdawania relacji z odbytych kursów,
omawiania następnych, a kończy na przyjacielskich pogaduszkach, brydżu czy popijaniu.
Ciężko jest ruszyć się z miejsca, gdy czas upływa tak miło. W końcu zdobywamy się na ten
heroiczny wysiłek, aby piechotą dobrnąć zaśnieżoną szosą jeszcze dwa kilometry do domu,
gdzie notabene zimno jest jak w psiarni. Jedyny ciepły pokój zajmuje dzieciarnia. Reszta
domu, widocznie nie przystosowana do zimy, w żaden sposób nie pozwala utrzymywać
możliwej temperatury. Zasypiamy więc z Irką na wielkim małżeńskim łożu, przykryte
wszystkimi pierzynami i kożuchami, jakie znajdują się w naszym posiadaniu. 27 grudnia
1945 Roboty mamy teraz aż za dużo. Okres przedświąteczny spowodował dodatkowe
ożywienie w transporcie i ruch w naszym interesie. Irka konwojuje opla, który lata po
mniejsze zamówienia, a thornycroftów używamy przeważnie do transportów od pięciu ton.
Aby kursować razem i w razie defektów pomagać sobie nawzajem. Tymczasem samochody
pracują bez zastrzeżeń. Nawet guma dzięki wspaniałym protektorom rzadko kiedy nawala.
Jedynym mankamentem tych wozów jest ich specyficzny typ, nie dostosowany do naszych
warunków. Specjalnie robione do kampanii afrykańskiej, nie mają szoferki ani nawet
przedniej szyby. To, co musiało być cudownym plusem w czasie upałów na pustyni, jest
obecnie koszmarem nie do wytrzymania. Mimo grubych kożuchów i wspaniałych futrzanych
czap kostniejemy z zimna. Pęd mroznego powietrza w czasie jazdy przedostaje się przez
najszczelniejsze okrycia. Przenika do szpiku kości. Okres świąteczny wykorzystujemy jednak
w pełni, jeżdżąc od rana do wieczora w przeróżne strony. Nawet Wigilia, przeznaczona od
południa na odpoczynek, sprofanowana została niespodziewanie intratnym zamówieniem. Jaś
Zakrzewski przehandlował od marynarzy transport kawy. Płacił każdą cenę, aby pojechać po
[ Pobierz całość w formacie PDF ]