
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Morey Trish Bal maskowy
- Charlotte Lamb Na śÂmierć i śźycie
- Laurie Grant Lord Liar
- Zygmunt Balicki Czynniki zachowawcze i postępowe
- Hassel Sven KośÂa terroru
- kromer
- Anne McCaffrey Pern 00 Threadfall
- Jacobs Holly Niespodziewane szczęÂście
- 04 Skazaniec
- KovÄĄć DuśĄan DćÂjiny Slovenska
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- stirlic.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
mieszkańców prowincji do miasta, powznoszono bliżej murów mnóstwo sza-
łasów i namiotów, które tworzyły całe obozowiska, pełne ludzi i wielbłądów.
Słońce wznosiło się coraz wyżej na nie pokrytej dotąd chmurami prze-
strzeni nieba. Zbliżały się godziny, w których zazwyczaj panowało na tych
wyżynach głuche milczenie, bowiem żywe istoty szukały ochrony w murach
lub rozpadlinach. A nawet i obecnie, mimo niezwykłego ożywienia, tkwił ja-
kiś smutek w tej okolicy, w której olśniewający blask padał nie na zieleń, ale
na szare rozłogi kamienne. Gwar dalekich głosów, dochodzący od strony
murów, zmienił się jakby w szmer fali i zdawał się być pochłanianym przez
ciszę.
Pojedyncze gromadki ludzi, wyczekujące od rana na Golgocie, zwracały
głowy ku miastu, skąd pochód miał lada chwila wyruszyć. Lektyka z Anteą
nadeszła, poprzedzana przez kilku żołnierzy dodanych przez prokuratora,
którzy mieli torować drogę wśród, ścisku, a w danym razie powstrzymać
nienawidzące cudzoziemców i fanatyczne tłumy od zniewag. Obok lektyki
postępował Cinna w towarzystwie setnika Rufila.
Antea była jakby spokojniejsza i mniej przerażona tym, że zbliżało się po-
łudnie, a zarazem grozba strasznych widzeń, które wysysały z niej życie. To,
co prokurator mówił o młodym Nazarejczyku, porwało jej umysł i odwróciło
uwagę od własnej nędzy. Było bowiem dla niej w tym coś dziwnego, czego
prawie nie umiała zrozumieć. Zwiat ówczesny widział wielu ludzi, którzy
umierali tak spokojnie, jak gaśnie stos pogrzebowy, w którym drwa się wy-
palą. Ale był to spokój, płynący z odwagi lub filozoficznej zgody na nieubła-
ganą konieczność zamiany światła na ciemność, rzeczywistego życia na jakiś
byt mglisty, nikły i nieokreślony. Nikt nie błogosławił dotąd śmierci, nikt nie
umierał z niezachwianą pewnością, że dopiero poza stosem lub grobem za-
czyna się prawdziwe istnienie i szczęście tak potężne i tak nieskończone, ja-
kie tylko istota wszechmocna i nieskończona dać może.
w zaś, którego miano ukrzyżować, głosił to jako niewątpliwą prawdę.
Anteę nie tylko uderzyła ta nauka, ale wydała się jedynym zródłem otuchy i
nadziei. Wiedziała, że musi umrzeć i zdejmował ją żal niezmierny. Czymże
bowiem była dla niej śmierć? Oto porzuceniem Cinny, porzuceniem ojca, po-
rzuceniem światła, kochania, pustką, zimnem, na wpół nicością, mrokiem.
Więc im lepiej mogło być jej w życiu, tym jej żal musiał być większy. Gdyby
śmierć mogła się na coś przydać albo gdyby można wziąć z sobą choć wspo-
mnienie z miłości, choć pamięć szczęścia prędzej by zdobyła się na rezy-
gnację.
Wtem, nie spodziewając się od śmierci niczego, usłyszała nagle, że ona
może jej dać wszystko. I kto to głosił? Jakiś dziwny człowiek, nauczyciel,
prorok, filozof, który nakazywał ludziom miłość jako najwyższą cnotę, który
błogosławił im w chwili chłosty i którego miano ukrzyżować. Więc Antea my-
ślała: Dlaczego by tak nauczał, skoro krzyż mu jedyną zapłatą? Inni pra-
gnęli władzy On jej nie chciał, inni mienia On pozostał ubogim; inni pała-
ców, uczt, zbytków, purpurowej odzieży, wykładanych perłowcem i kością
słoniową wozów On żył jak pasterz. Przy tym zalecał miłość, litość, ubó-
stwo, nie mógł więc być złym i łudzić umyślnie ludzi. Jeżeli zaś mówił praw-
57
dę w takim razie niech będzie błogosławiona śmierć, jako koniec ziemskiej
nędzy, jako zmiana gorszego szczęścia na lepsze, jako światło dla gasnących
oczu i jako skrzydła, którymi się odlatuje w wieczystą radość! Teraz Antea
zrozumiała, co znaczyła zapowiedz zmartwychwstania.
Umysł i serce biednej chorej przylgnęły całą siłą do tej nauki. Przypo-
mniała sobie też słowa ojca, który niejednokrotnie powtarzał, że tylko jakaś
nowa prawda może wydobyć umęczoną duszę ludzką z pomroku i więzów. A
oto była nowa prawda! Zwyciężyła ona śmierć, więc niosła zbawienie. Antea
utonęła tak całą swą istotą w tych myślach, że od wielu i wielu dni Cinna po
raz pierwszy nie dostrzegł w jej twarzy trwogi przed nadchodzącą południową
godziną.
Pochód wreszcie ruszył z miasta ku Golgocie i z wyżyny, na której stała
Antea, widać go było doskonale. Tłum był znaczny, ale jednak zdawał się
ginąć na tych obszarach kamiennych. Z otwartej bramy miasta wysypywało
się coraz więcej ludzi, a po drodze przyłączali się do nich ci, którzy oczeki-
wali za murami. Szli początkowo długim korowodem, który rozlewał się jak
wezbrana rzeka, w miarę jak postępowali naprzód. Po bokach uganiały się
roje dzieci. Pochód mienił się i pstrzył od białych opończy, od szkarłatnych i
błękitnych chust kobiecych. W środku połyskiwały zbroje i dzidy żołnierzy
rzymskich, na które blask słoneczny rzucał jakby latające promienie. Wrza-
wa zmieszanych głosów dochodziła z daleka i stawała się coraz wyrazniejszą.
Na koniec zbliżyli się zupełnie i pierwsze szeregi poczęły występować na
wzniesienie. Tłum śpieszył się, by zająć najbliższe miejsca i widzieć jak naj-
dokładniej mękę, skutkiem czego oddział kołnierzy prowadzący skazanych
pozostawał coraz bardziej z tyłu pochodu. Pierwsze przybyły dzieci, przeważ-
nie chłopcy, półnadzy, poprzewiązywani szmatami w biodrach, z wystrzyżo-
nymi głowami, prócz dwóch pęków włosów przy skroniach smagli, o zreni-
cach prawie błękitnych i wrzaskliwej mowie. Wśród dzikiej wrzawy poczęli
oni wydrapywać ze szczelin zwietrzałe okruchy skalne, którymi chcieli rzu-
cać na ukrzyżowanych. Tuż po nich wzniesienie zaroiło się od różnorakiej
tłuszczy. Twarze były po największej części rozpalone ruchem i nadzieją wi-
dowiska. Na żadnej nie było śladu litości. Krzykliwość głosów, niezmierna
ilość słów wyrzucanych przez każde usta, nagłość ruchów dziwiła Anteę,
jakkolwiek przywykła w Aleksandrii do gadatliwej żywości greckiej. Ludzie
rozmawiali tu z sobą, jakby się chcieli na siebie rzucić; nawoływali się, jakby
szło o ich ratunek, spierali się, jakby ich odzierano ze skóry.
Centurion Rufilus, zbliżywszy się do lektyki, dawał wyjaśnienia głosem
spokojnym, służbowym, a tymczasem z miasta napływały coraz nowe fale.
Zcisk powiększał się z każdą chwilą. W tłumie widać było zamożnych miesz-
kańców Jerozolimy przybranych w pasiaste opończe, trzymających się z dala
od nędznej hołoty z przedmieść. Napłynęli licznie i wieśniacy, których święta
sprowadziły wraz z rodzinami do miasta; rolnicy poprzepasywani workami i
pasterze o twarzach dobrotliwych i zdziwionych, przybrani w skóry kozie.
Tłumy kobiet ciągnęły razem z mężczyznami, lecz że możniejsze mieszczanki
nierade wychodziły z domu, były to przeważnie kobiety z ludu, wieśniaczki
lub przybrane jaskrawo ulicznice, o farbowanych włosach, brwiach i pa-
znokciach, pachnące z daleka nardem, z olbrzymimi zausznicami i w na-
szyjnikach z monet.
58
Nadciągnął wreszcie i Sanhedryn a wśród niego Hanaan, starzec z twa-
[ Pobierz całość w formacie PDF ]