
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Arthur Conan Doyle Sherlock Holmes 03 Pies Baskerville'Ä‚Å‚w
- Jeffrey Lord Blade 26 City of the Living Dead
- Caine Rachel Wampiry z Morganville 05 Pan Ciemności Tłumaczenie Oficjalne
- Meredith Amy Dotyk Ciemności 01 Cienie
- Green Roland Conan i wrota demona
- Krentz Jayne Ann Książę ciemności
- Conan Doyle Artur Dolina strachu
- Jeffrey A. Carver Parrone The Dragons
- Alex Archer Rogue Angel 14 The Golden Elephant
- Archer, Jeffrey Co do grosza 2
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- spholonki.keep.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
na pół ligi, z łagodnymi zboczami, nad którym wznosił się złoty krąg słońca.
- Było miasto - i nie ma miasta - powiedział na głos Conan i nie poznał własnego głosu -
zachrypnięty, w gardle czuł smak krwi. Splunął, popatrzył na ślinę - tak jest - krew. Echeche...
W takich przypadkach Cymmerianinowi często pomagały przekleństwa - najbardziej wulgarne,
wyszukane, wykrzyczane na cały głos. Nabrał powietrza w płuca i na wydechu przejechał się po
wydarzeniach ubiegłej nocy, po mieście, które dostało to, na co zasłu\yło, ale któremu nale\ały się
dodatkowo szczególnie ordynarne przekleństwa, po czarownikach wszelkiej maści i rodzaju.
Ul\yło mu.
Przybysz z Północy wstał, odwrócił głowę i napotkał niezadowolone, oburzone spojrzenie
obudzonej Minolii. Conan odpowiedział jej spojrzeniem, nie kryjąc niezrozumienia, ale potem
nagle pojął: dziewczynę obudziły, a potem rozgniewały jego przekleństwa. Nie przywykła do
takich wyra\eń w swoim zakonie, i niewa\ne, \e obok jest lej po mieście, a świat został cudem
uratowany przez niego, barbarzyńcę. Teraz Conan jest tym złym i złościć trzeba się na niego.
Cymmerianin nie mógł ustać na nogach. Trzęsło go ze śmiechu. Wraz ze śmiechem wychodził z
niego strach prze\ytej nocy, resztka bólu ran, zmęczenie. Chichotał coraz głośniej i nie był w stanie
przestać. Nie widział nic wokół siebie. Nawet nie zauwa\ył, jak znowu osunął się na ciepłe
kamienie, wstrząsany falami śmiechu. Azy zasłoniły mu oczy. Trzymając się za brzuch,
Cymmerianin przewrócił się na bok.
Początkowo Minolia patrzyła na zbawcę świata ze zdziwieniem, potem ze złością, potem z urazą...
ale w końcu te\ nie wytrzymała, zara\ona jego śmiechem, domyśliwszy się, czym jest on
spowodowany. Zmiechem odcięli się od minionej nocy, pozostawili ją w dalekiej Przeszłości.
Wrócili do nowego \ycia.
I obudzili Fagnira.
-189-
Rozklejając oczy, nie rozumiejąc - kto? dlaczego? gdzie? po co? - oficjalista otworzył usta, z
których spłynęło pytanie:
- Machar jeszcze nie wrócił? ...
Conan turlał się po pylistych kamieniach, wstrząsany nowym atakiem śmiechu. Minolia stuknęła
głową o kolana, j ej ramiona kon-wulsyjnie drgały.
- Co z wami? - dzwięczał nad nimi rozdra\niony, przepity głos. - A gdzie Vagaran? Gdzieście
mnie zaciągnęli?
A potem gniewnie:
- Przestańcie wreszcie r\eć! I bez tego łeb mi pęka! Oj, jak boli... Ale \em się wczoraj załatwił...
Nic nie pamiętam... jakieś mordy z trąbami mi się całą noc zwidywały... przestańcie r\eć, mówię
wam!
I wreszcie, błagalnie:
- Słuchajcie, a nie znalazłby się kubeczek wina?... no, chocia\ łyczek, co?...
.. .Gdy zejdą ze wzgórza, przestaną widzieć to, co kiedyś było Vagaranem. I nie umawiając się,
trójka wędrowców zatrzymała się, \eby chwilę odpocząć. Z tyłu był milczący, niczego nie
otaczający mur, grób, w którym pochowali maga Aj-Bereka i Mistrza Orlanda-ra - dwóch
nieszczęśliwych, zbłąkanych starców. A przed nimi... Kto wie, co ich czeka?
- Stąd jest jakieś pięć lig do najbli\szej ludzkiej osady - oznajmił Fagnir. - Mam nadzieję, \e ze
wsią nic się nie stało. śe przynajmniej im wino nie wyschło... Ale \eby tak całe miasto rozwalić!...
- Trzymaj - Conan rzucił pod nogi byłemu oficjaliście bezu\yteczny teraz i na wieki wieków
Hełm. - Jest twój. Mo\esz go przepić.
Fagnir zamyślił się, potem na jego twarzy pojawił się chytry, szczerbaty uśmiech.
- Niee. Zostawię sobie na pamiątkę Vagaranu i słu\by u Ma-chara... i jego piwnicy - podniósł
brązowy wyrób staro\ytnych mistrzów. - Jak go komu poka\ę - nie uwierzą. A, do licha z nimi...
dziękuję, panie szczodry gladiatorze.
- Conan, co zamierzasz robić potem? - zapytała po cichu Minolia, nie patrząc na barbarzyńcę.
Ten wzruszył ramionami i się uśmiechnął.
- No... Pewnie wrócę do Shemu, odszukam księcia Barucha, u którego byłem najemnikiem i
za\ądam zapłaty - przecie\, jakkol-
-190-
wiek by było, spełniłem jego rozkaz. Mo\na powiedzieć, \e sam jeden starłem miasto z lica ziemi...
- Wezmiesz... wezmiesz mnie ze sobÄ…?
- Oczywiście, dziecino. Odpoczniemy we wsi i ruszymy.
- Nie mam ju\ nikogo ani niczego - zaszlochała Minolia. - Brat zginął. Zakonu nie ma. To, czym
\yliśmy... - zamilkła, bliska łez.
- Wszystko będzie dobrze - Conan podniósł się z ziemi i wyciągnął do niej rękę. - Chodzmy.
Uwierz mi, Minolio, teraz ju\ wszystko będzie wspaniale.
-191-
[ Pobierz całość w formacie PDF ]