
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Anthony, Piers Tarot 02 Vision of Tarot
- Camille Anthony [Bunny Tails 04] Bad Hare Day [Changeling] (pdf)
- Anthony, Piers Tyrant 05 Statesman
- Anthony, Piers & Margroff, Robert E The Ring
- Anthony Barnhart In the Name of Rome (pdf)
- Laura Anthony Samotni kochankowie
- Gilowska Z., Podstawy prawne funkcjonowania administracji publicznej w RP
- Vonnegut Kurt Rzeznia numer piec
- Taylor Janelle 02 MĂłj kochanek, mĂłj wrĂłg
- Ashley Brooke [Beautiful Liars 01] Submission (pdf)
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- soffa.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
jest prawdziwa szkoła. Dzieje się tu coś potwornego. Dlaczego nie chce mnie pan wyrzucić?
Ja wcale nie chciałem tu przyjeżdżać. Dlaczego nie wyrzuci mnie pan i nie zapomni o moim
istnieniu? Nienawidzę tej szkoły. Nienawidzę was wszystkich. I nie przystanę do was, dopóki
żyję!
- Czyżbyś zamierzał wkrótce umrzeć? - Głos pana Damortusa stał się nagle lodowaty. Każda
sylaba brzmiała jak upiorny szept. David zamarł, czując, że wilgotnieją mu oczy. Jednakże
był pewny jednego: tego, że się nie rozpłacze. Nie przy nim, nie przy Damortusie.
Ale wtedy wicedyrektor jakby złagodniał. Rzucił pierścień na biurko i usiadł.
- Nie rozumiesz tylu rzeczy, Davidzie - przemówił cicho i spokojnie. - Ale pewnego dnia
wszystko się zmieni, zobaczysz. Teraz idz do pani Kanabil. Niech opatrzy ci rękę.
Kościstym palcem musnął kącik ust i po namyśle dodał:
- Powiedz jej, że zalecam ci naszą specjalną maść. Jestem pewien, że będziesz miał po niej...
przyjemne sny.
David odwrócił się i wyszedł z gabinetu.
Było już pózno i korytarz jak zwykle świecił pustkami. Pogrążony w myślach David ruszył
schodami na górę. Nie miał najmniejszego zamiaru iść do pani Kanabil. Skoro pan Damortus
przechowywał w lodówce świeżą krew, co mogła trzymać w apteczce ona? Bolały go
poparzone palce, lecz wolał już nawet największy ból niż kolejną rozmowę z pracownikiem
Szkoły Pod Wieżycami.
Dlatego zdenerwował się, stwierdziwszy, że przed gabinetem lekarskim czeka na niego pani
Kanabil. Musieli tu mieć jakiś interkom, bo wiedziała już, co mu się stało.
- Obejrzyjmy twoją biedną rączusię - zaszczebiotała. - Chodz. Usiądz, a ja pójdę po plaster.
Chyba nie chcemy, żeby wdało się zakażenie, prawda? Mój mąż miał zakażenie, niechaj
spoczywa w pokoju. I w całości. Pod koniec wyglądał naprawdę okropnie, a wszystko zaczęło
się od maluteńkiego zadrapania... - Wprowadziła Davida do gabinetu tak szybko, że nie
zdążył zaprotestować. - Usiądz. Pójdę po plaster.
David usiadł. Gabinet był mały i przytulny. Pod ścianą stał piecyk gazowy, na podłodze leżał
kolorowy dywan, a na krzesłach miękkie, ręcznie hartowane poduszki. Na ścianach wisiały
piękne kilimy, a na niskim stoliku walały się komiksy. On siedział, a pani Kanabil szperała w
przeszklonej apteczce na drugim końcu pokoju. Gdy otworzyła kolejne drzwiczki, chłopiec
zobaczył, że odbija się w nich siedzący na żerdzi ptak. Początkowo myślał, że to tylko miraż,
lecz odwróciwszy głowę, stwierdził, że ptak naprawdę tam jest, że siedzi przy oknie. Był to
czarny kruk. Wypchany? Jak głowy zwierząt w bibliotece? W tej samej chwili ptak głośno
zakrakał i potrząsnął skrzydłami. David zadrżał, przypominając sobie kruka, którego widział
w ogrodzie w dniu wyjazdu do szkoły.
- To Wilfred - wyjaśniła pani Kanabil, siadając na krześle. - Niektórzy hodują złote rybki.
Inni trzymają w domu chomiki. Ale ja zawsze wolałam kruki. Mój świętej pamięci mąż za
nimi nie przepadał. Szczerze mówiąc, to właśnie Wilfred zdrapał go pazurkiem. Czasami jest
bardzo niegrzeczny! A teraz obejrzyjmy twoje paluszki.
David wyciągnął rękę i przez kilka chwil pani Kanabil smarowała ją różnymi maściami i
oklejała plastrem.
- I już! - wykrzyknęła, założywszy opatrunek. - Szybko się zagoi.
David chciał wstać, lecz zarządczyni powstrzymała go gestem ręki.
- Powiedz mi, mój drogi - spytała - jak podoba ci się w naszej szkole?
David był zmęczony. Miał dość tych wszystkich gierek, dlatego powiedział jej prawdę:
- Wszystkie dzieci są świrnięte. Nauczyciele też. Wyspa jest koszmarna. A sama szkoła jak
szkoła z telewizyjnych horrorów. Chciałbym wrócić do domu.
Pani Kanabil uśmiechnęła się promiennie.
- Ale poza tym jesteś zadowolony, tak? - spytała.
- ProszÄ™ pani...
- Doskonale cię rozumiem, mój drogi - przerwała mu zarządczyni. - Na początku zawsze jest
trudno. Dlatego postanowiłam dać ci na pocieszenie odrobinę mojej specjalnej maści.
- Maści? - spytał podejrzliwie David. - Na co?
- Na przyjemne sny, kochanie. - Z kieszeni fartucha wyjęła małą tubkę, odkręciła ją i zanim
David zdążył zareagować, tubka leżała już na jego otwartej dłoni. Maść była gęsta i czarna
jak węgiel, lecz, o dziwo, pachniała całkiem ładnie, troszkę gorzkawo, jakby sporządzono ją z
jakichś ziół. Już sam jej zapach odprężył go i wewnętrznie rozgrzał. - Wetrzyj trochę w czoło
- doradziła pani Kanabil głosem cichym, przymilnym i dziwnie odległym. - Zobaczysz,
będziesz miał po niej cudowne sny.
David zrobił, co mu kazano. Po prostu nie mógł odmówić. Nie chciał odmówić. Maść bardzo
rozgrzewała skórę. Wystarczyło, że ją naniósł, i natychmiast wnikała w głąb ciała, docierając
aż do kości - tak mu się przynajmniej zdawało.
- A teraz do łóżka. - Czy powiedziała to pani Kanabil? David mógłby przysiąc, że słyszy
zupełnie inny głos. - %7łyczę ci miłych snów.
I rzeczywiście, tej nocy coś mu się śniło. Pamiętał, że rozebrał się, położył i chyba zasnął, z
tym że spał z otwartymi oczami i wszystko widział. Pozostali chłopcy wstali z łóżek. To go
nie zdziwiło. Przewrócił się na drugi bok i zacisnął powieki.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]