
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Felicjan SśÂ‚awoj SkśÂ‚adkowski Strzć™py meldunków
- 01. Adams Audra BśÂ‚ć™kitny śźeton
- Holly Lisle World Gates 03 Gods Old And Dark
- GR500. Little Kate Najwić™kszy skarb
- GR1013.Lindsay_Yvonne_Krete_drogi_namietnosci
- Colin Evans Great Feuds in History, Ten of the Liveliest Disputes Ever (2001)
- Barbara Delinsky Piąty mężczyzna
- Wróżki Wycinanki
- Leblanc Maurice ZśÂ‚oty trójkć…t
- I Don't Care About Your Band_ What I Lea Julie Klausner
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- stirlic.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
zwolić, by on martwił się o wszystko. Tak jak jej ojciec.
Dreszcze minęły równie nagle, jak się zaczęły. Slater
rozkopał koce i odrzucił ją od siebie. Czuwała nad nim
jeszcze przez jakiś czas, ale moment decyzji zbliżał się
nieuchronnie, w miarę jak słońce zniżało się nad hory
zontem. Victoria włożyła Slaterowi pod głowę pas z re
wolwerami. Widziała, że spał tak zeszłej nocy i miała
nadzieję, że w potrzebie sięgnie po nie instynktownie.
Potem osiodłała jednego z koni, załadowała na niego
puste bukłaki i odjechała, prowadząc za sobą drugiego
wierzchowca. Po drodze co jakiś czas wiązała na gałę
ziach strzępki, oddarte ze swojej halki. Nie znała oko
licy i nawet nie wyobrażała sobie, co by było, gdyby
zabłądziła.
Po niecałej godzinie dotarła do strumienia i wydała
głośne westchnienie ulgi. Mając wodę tak blisko, mogła
zużywać jej, ile chciała. Napoiła oba konie i napełniła
bukłaki.
Pozostała przy strumieniu tylko tyle czasu, ile było
konieczne. Białe szmatki wskazywały drogę powrotną.
Była już blisko obozu; zza zbocza wyłoniła się korona
dębu, kiedy nagle koń Slatera zachrapał i szarpnął się
w tył. Gdy usiłowała go uspokoić, z kolei jej wierzcho
wiec spłoszył się i zaczął tańczyć na zadnich nogach.
Poczuła mdły ucisk w dołku. Coś się stało. Zwierzęta
wyczuły niebezpieczeństwo. Szybko wyjęła strzelbę
z pochwy przy siodle i zsunęła się z konia. Mocno
uwiązała oba wierzchowce do gałęzi drzewa i zaczęła
pełznąć w górę, kryjąc się za skałkami. Wyjrzała ostroż
nie zza krawędzi zbocza i zobaczyła Slatera. Spał, nie
świadomy niczego, nie wiedząc, że na wielkim głazie
o kilka metrów od niego czai się do skoku wielka pu
ma.
Serce skoczyło Victorii do gardła, ale opanowała się
i uniosła strzelbę do oka, celując starannie. Na szczęście
wiatr wiał w jej stronę i nie było szansy, by ostrożny kot
wyczuł jej obecność. Nacisnęła spust w momencie, kie
dy wybił się do skoku.
Kula trafiła go i zwinął się z rykiem, spadając na zie
mię. Huk strzału obudził Slatera, który błyskawicznie
sięgnął po broń i zaczął rozglądać się za niebezpieczeń
stwem. Victoria zerwała się i zaczęła zbiegać w dół,
trzymajÄ…c strzelbÄ™ w pogotowiu. Wielkie cielsko drgnÄ™
ło kilka razy i rozciągnęło się bezwładnie. Zabiła pumę
jednym strzałem. Odetchnęła z ulgą i odwróciła się
w stronę mężczyzny. Ciągle jeszcze celował z rewolwe
ru do martwego zwierzęcia, ale ręka mu drżała. Spoj
rzenie miał przytomne i wiedziała, że tym razem ją po
znaje.
Opuścił broń i uśmiechnął się blado.
- A niech to diabli! Ty naprawdę umiesz strzelać -
powiedział z podziwem.
- Na twoje szczęście - uśmiechnęła się i trąciła pu
mę końcem lufy, upewniając się, czy jest martwa. - I jak
siÄ™ czujesz?
- Jak szmata - westchnÄ…Å‚, opadajÄ…c bezsilnie na
koc.
- Hmm... I wyglądasz nie lepiej - mruknęła, kuca
jąc przy nim. Kiedy położyła mu dłoń na czole, wydało
jej się, że gorączka spadła. Uśmiechnęła się z ulgą. Wte
dy dopiero uświadomiła sobie, że drżą jej ręce.
Wiedziała, że musi to zrobić. Wstała, podeszła do
zabitej pumy i z wysiłkiem odciągnęła bezwładne ciel
sko daleko poza skały. Nim poszła do koni, siedziała
jeszcze przez chwilę na kamieniu, czekając, aż nerwy
siÄ™ uspokojÄ….
Konie nadal boczyły się i parskały, wyczuwając
z daleka zapach drapieżnika, ale dały się przyprawa-
dzić do obozu. Na wszelki wypadek uwiązała je nieco
dalej. Potem przyniosła rzeczy i znów zajęła się Slate-
rem. Pod wieczór bolał ją już kark od ciągłego schyla
nia się nad rannym, ale obmywała go i chłodziła bez
przerwy.
O zmroku, pomimo wcześniejszych ostrzeżeń, roz
paliła małe ognisko. Bardziej bała się dzikich zwierząt
niż bandy Brody'ego. Na kolację zjadła pasek suszone
go mięsa. Chciała dać trochę rannemu, ale nie był
w stanie niczego przełknąć. Coraz bardziej się niepo
koiła, zwłaszcza że gorączka znów zaczęła rosnąć. Za
stanawiała się, co zrobi, jeśli nastąpi kryzys, Slater nie
wsiądzie już na konia, a ona nie będzie mogła zostawić
go samego. Czy przyjdzie jej patrzeć, jak umiera?
Zacisnęła palce w bezsilnej złości. Nie umiała być
bierna. Musi sobie poradzić!
Niespodziewanie dosłyszała szczęk metalu i czujnie
uniosła głowę. Nagle skoczyła na równe nogi, sięgając
po strzelbę. Serce biło jej jak młotem. Od południa zbli
żał się ku nim jakiś ciemny, wielki kształt. Victoria cof
nęła się z kręgu ognia w mrok i czekała, gotowa do
strzału.
Wkrótce z ciemności wyłonił się jezdziec. Ostrze
gawczo uniosła lufę. Nieznajomy zatrzymał konia
i uniósł w górę ręce, pokazując puste dłonie.
- Dobry wieczór szanownej pani. - Głos był młody,
miły i dziwnie radosny, zważywszy, że jego właściciel
patrzył wprost w lufę strzelby.
- Dobry wieczór.
- Wszystko w porzÄ…dku. Nic pani nie grozi. Po pro
stu przejeżdżałem obok, zobaczyłem ogień i ciekaw
byłem, kto zawitał w nasze strony. - Jego spojrzenie
powędrowało ku leżącej postaci. - Widzę, że ktoś tu
potrzebuje pomocy. Co mu jest?
- Ma gorączkę - wyjaśniła krótko. Nie bardzo wie
działa, co robić. Mężczyzna wyglądał nieszkodliwie
i miała wielką ochotę poprosić go o pomoc. Z drugiej
strony, bała się, że pragnie tylko uśpić jej czujność.
- Kim jesteś? - zapytała nieufnie.
- Nazywam siÄ™ Dennis Miles. Czy pozwoli pani,
bym zsiadł?
- Zsiadaj.
Zsunął się z konia i podszedł bliżej ognia, ciągle
trzymając ręce w górze. Miał gładko wygoloną, mło
dzieńczą twarz i wyglądał na nie więcej niż dwadzie
ścia lat. Victoria odprężyła się nieco. W każdym razie
nie sprawiał wrażenia bandyty, polującego na podróż
nych.
- Czy mogę opuścić ręce? - zapytał, wpatrując się
w nią z cielęcą miną, która normalnie by ją rozbawiła.
Zerknęła na jego pas. Nie miał rewolwerów. Strzelba
tkwiła w pochwie przy siodle. Skinęła przyzwalająco.
- To nie jest dobre miejsce dla takich dam jak pani
- stwierdził. - Czy zgubiliście drogę?
- Nie.
- A to jest pani mąż? Dawno zachorował?
- Wczoraj. - Bezpieczniej było odpowiedzieć od ra
zu na drugie pytanie. Mogła sobie wyobrazić, co by po
myślał, gdyby powiedziała, że ten mężczyzna nie jest
jej mężem!
Młody człowiek pochylił się nad Slaterem.
- Bardzo z nim zle - stwierdził, prostując się i pa
trząc na nią ze współczuciem. - Mój dom jest o niecałą
godzinę jazdy stąd. Jeśli zdołacie tam dojechać, ma-
muska będzie zachwycona, że przyprowadziłem jej go
ści.
Victoria odprężyła się jeszcze bardziej. Ktoś, kto
miałby naprawdę złe zamiary, nie zapraszałby jej do
domu swojej matki. Opuściła lufę.
- Ona może pomóc pani mężowi - dodał skwapli
[ Pobierz całość w formacie PDF ]