
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Anthony, Piers Tarot 02 Vision of Tarot
- James Axler Deathlands 052 Zero City
- 032 Prawda rodzi nienawiÂść
- Human Capital Investment
- Tim Green Exact Revenge (com v4.0)
- Jacqueline Lichtenberg [Dushau Trilogy 02] Farfetch
- F.OSSEDOWSKI Lenin
- Gilowska Z., Podstawy prawne funkcjonowania administracji publicznej w RP
- Smith Lisa Jane Wizje mroku 1 Tajemnicza moc.Opć™tany.Pasja
- A. Maclean Jedynym wyjśÂ›ciem jest śÂ›mierć‡
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- acwpower.xlx.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ale w dodatku z przodu autobusu rozsuwa się żółta barierka, dzięki której nikt nie może podejść zbyt
blisko pod przednią szybę, gdzie nie sięga wzrok kierowcy.
Nie potrafię opisać tej barierki, nie czując bólu, bo za każdym razem, kiedy zdarzało mi się wi-
dzieć ją w działaniu, miałam wrażenie, że patrzę na animowany schemat pokazujący, co się stało tam-
tego popołudnia, w trzecim tygodniu przedszkola. Autobus przystaje. Błyskają światła. Ramię barierki
opuszcza się powoli, jak strzałka - Szła właśnie tędy", mówi, zatrzymując się na dłuższą chwilę, by
pokazać miejsce tragicznego zderzenia, po czym unosi się z powrotem i niczym owadzie skrzydło
składa przy przedniej ścianie autokaru.
Nie mieszkam już w Connecticut. Nie chciałam, żeby ustawę nazwano jej imieniem, ale Sam
namówił mnie, bym się zgodziła. Już nawet nie prowadzę, chociaż to akurat, jakim byłam kierowcą,
nie miało nic wspólnego z wypadkiem. Byłam zresztą dobra za kierownicą, jednak po tym zdarzeniu
straciłam pewność siebie. Zaczęłam się bać, że uderzę w coś lub kogoś i nawet tego nie zauważę. Moje
prawo jazdy wygasło w ubiegłym roku i nic z tym nie zrobiłam.
Tak więc nie mam tu samochodu, co jest kłopotliwe, ale na razie jakoś sobie radzę. Najgorsza
była jazda autobusem z lotniska w Cork do Clonakilty, potem autobusem z Clonakilty do Ballyroe, a
na końcu męczący marsz z torbą pod górę, do chaty. Jakiś rolnik podrzucił mnie traktorem przy ostat-
niej mili, chociaż go o to nie prosiłam. Był to Billy Houlihan. (Willy powiedział mi, że jego matka była
z Hayesów. Billy jest jego kuzynem. No oczywiście.) Kiedy tylko Billy dostrzega mnie na drodze, sa-
lutuje mi dziarsko dwoma palcami. Zawsze czuję, że coś nas łączy, bo był pierwszym mieszkańcem
Ballyroe, jakiego poznałam.
R
L
T
- A pani to sama czy jak? - spytał tamtego wietrznego popołudnia, w rozwodnionym blasku
słońca, taksując mnie bezceremonialnie.
W okolicy aż się roi od samotnych kawalerów. Billy może mieć trzydzieści lat, ale może też
mieć i pięćdziesiąt.
- Rozwódka - odparłam, chociaż teraz, jak się nad tym zastanawiam, dociera do mnie, że chciał
tylko spytać, czy jestem sama w dosłownym sensie. Wciąż nie wiem, czy to, że jestem rozwódką, od-
stręcza (bo to grzech), czy zachęca (taka to musi być doświadczona).
- Aha - odparł Billy, czerwieniąc się.
Większość ludzi, których poznałam po śmierci Katie - mam mnóstwo znajomych, ale nie na-
wiązałam żadnych bliskich przyjazni - wie, że byłam kiedyś mężatką, ale nie ma pojęcia, że miałam i
straciłam dziecko. To rzadko pada w rozmowie. I rzadko też pojawia się w moich myślach. Nie, nie
tak. Kłamstwo. Nauczyłam się to zagłuszać, bo to się na trwałe osadziło w moich myślach, niczym
dzwonienie w uszach. Przez te trzy ostatnie lata doświadczałam takiego bólu, że nauczyłam się nie
mieć uczuć. Albo przynajmniej tak myślałam, aż do teraz.
Nie mogłam zostać w tamtym domu, w tamtym życiu, w tamtym stanie. To nie była wina Sama.
Zmierć Katie zabiła coś między nami. Być może jednak nasze małżeństwo wcale nie było takie wspa-
niałe, choć spędziliśmy razem dziewięć miłych lat. Z pewnością to zabiło coś we mnie. W Nowym
Jorku nie obowiązuje Ustawa Katie. W szkolnych autobusach jeżdżących po Manhattanie nie zamon-
towano barierki, ruchomego schematu pokazującego, w jaki sposób może umrzeć dziecko. Zresztą
wolę nie patrzeć na szkolne autobusy, obojętnie gdzie i niezależnie od okoliczności, jeśli mogę tego
uniknąć.
Jest jeszcze coś, czego za nic nie chcę więcej oglądać: to obraz Metsu Chore dziecko. Zanim zo-
stałam matką, ten temat nie miał dla mnie żadnego specjalnego znaczenia - mogłam studiować, w jaki
sposób go namalowano, światło padające na bladą skórę chorego dziecka i nie czułam nic szczególne-
go. A potem Katie, w wieku trzech lat, złapała jakiegoś okropnego wirusa; podczas jednej koszmarnej
nocy, którą wypełniły zimne kąpiele i strach przed drgawkami, temperatura podskoczyła jej do czter-
dziestu jeden stopni, a ja przez całą tę noc wracałam myślami do owego obrazu, bo zdawał się tak
wiernie odzwierciedlać doświadczenie, jakim jest tulenie chorego dziecka. Natomiast od śmierci Katie
uważam, że to płótno jest poświęcone śmierci. Teraz to takie oczywiste, takie nieuniknione, że to
dziecko umrze. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć?
Strasznie dużo było tych pieniędzy. Pieniędzy z polisy ubezpieczeniowej. I niby jaki jest sens
takiej polisy? Ma ubezpieczać tych ze złamanym sercem, żeby mogli napchać sobie kieszenie? Miasto
New Haven nie jest w stanie mi niczego wynagrodzić. Nie mogą pokryć" tej odpowiedzialności"
dolarami. Pieniądze mnie nie ochroniły przed stratą", tak samo jak posłanie dziecka do przedszkola
R
L
T
nie wiązało się z przyjęciem dopuszczalnego ryzyka". Chciałam, żeby Sam zatrzymał wszystko, ale
on mnie przekonywał, żebyśmy się podzielili, i w końcu tak zrobiliśmy.
Pieniądze nie zmieniły mojego stosunku do pracy, nie tak, jak się spodziewałam. Przez jakiś
czas bałam się, że jeśli nie będę musiała zarabiać na życie, zacznę się rozpadać. Ale ostatecznie robię
to, co chcę robić. Pracuję ciężko, za to nie muszę się przejmować straconymi dochodami, bo wzięłam z
Fricka bezpłatny urlop, nie muszę się też martwić o to, jak będę opłacać czynsz podczas swojej nie-
obecności. Już nigdy nie będę musiała się zadręczać zbyt dużymi rachunkami za telefon, cenami bile-
tów lotniczych albo kwestią kupna jakiejś wyjątkowo atrakcyjnej pary butów.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]