
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Hour of the Witch Harry Potter, Wicca Witchcraft, and the Bible by Steve Wohlberg
- 03.Harry Potter und der Gefangene von Askaban
- Harry Turtledove The Case Of The Toxic Spell Dump
- Mathematical Economics and Finance M. Harrison, P. Waldron (1998) WW
- Harris Raye Lynn Hiszpański torreador
- Harris Lisa Odnajdę cię
- Harry Turtledove [The V
- Turtledove, Harry V
- Harrison Kathryn Pocałunek
- Harry Harrison Bill 05 On the Planet of Zombie Vampires (Jack C. Haldeman)
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- szarlotka.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
siekierą. Jestem gotów być wojownikiem, tak jak ty.
Pokręciłem przecząco głową. Zaczynałem już jaśniej myśleć.
- To nie robota dla farmera z przyszłością. Ale musisz zawsze pamiętać, że przezwyciężyłeś
swój strach. To ci pomoże w życiu. Ale Jim diGriz zawsze spłaca swoje długi, więc wracasz na
farmÄ™. Ile taka farma kosztuje?
Rozdziawił usta, szukając w pamięci.
- Nigdy nie kupowałem farmy.
- Nie wątpię. Ale pewnie słyszałeś o kimś, kto kupował?
- Stary Kretchy kiedyś wrócił z wojen i dał wdowie Roskwi dwieście dwanaście dukatów za
jej część farmy.
- Zwietnie! Biorąc poprawkę na inflację, pięćset powinno ci wystarczyć. Trzymaj się mnie,
chłopie, a będziesz nosił lemiesz. A teraz idz do kuchni i zapakuj trochę jedzenia. Ja tymczasem
puszczę w ruch pierwszą część planu.
To było jak partyjka szachów, którą rozgrywasz sobie w głowie. Jasno i dokładnie widziałem
pierwsze swoje ruchy. Jeśli rozegram je dobrze, środek i koniec gry będą nieuniknionym
zwycięstwem! Zrobiłem więc pierwszy ruch.
Capo Dimonte siedział oklapnięty na tronie, zmęczony jak my wszyscy, z dzbanem wina w ręku.
Przepchnąłem się przez oficerów i stanąłem przed nim. Aypnął na mnie ponurym wzrokiem i machnął
ręką.
- Odejdz, żołnierzu. Dostaniesz nagrodę. Dobrze się dziś spisałeś, widziałem. Ale zostaw nas
teraz, musimy obmyślić plan...
- Dlatego tu jestem, Capo. %7łeby ci powiedzieć, jak zniszczyć Capo Docci. Służyłem u niego i
znam jego tajemnice.
- Mów!
- Na osobności. Odeślij wszystkich.
Zastanowił się przez chwilę i machnął ręką. Wyszli pomrukując, a on flegmatycznie popijał
wino, aż zamknęły się za nimi drzwi.
- Mów, co wiesz! - rozkazał despotycznie. - Mów szybko, bo jestem w fatalnym humorze.
- Tak jak i my wszyscy. To, co chcę ci powiedzieć, nie dotyczy Docci, nie bezpośrednio.
Zaatakujesz go, tego jestem pewien. Ale żeby być pewnym sukcesu, chcę przeciągnąć Capo Dinobli i
jego tajemnice na twoją stronę. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby ludzie Docci spali, kiedy będziemy
przechodzić przez mur?
- Dinobli nie wie o tych sprawach więcej niż ja, wiec nie opowiadaj głupot. Niedomaga, a
przez ostatni rok nie opuszczał łoża.
- Domyślałem się tego, ale ci, którzy dla swoich celów korzystają z jego twierdzy i którzy
doprowadzili do tego, że Czarni Mnisi chcieli wypowiedzieli im wojnę, to są ludzie, którzy ci
pomogÄ….
Na te słowa wyprostował się, a oczy aż mu rozbłysły na myśl o nowej intrydze.
- A więc idz do nich. Obiecaj im udział w łupach, ty zresztą też swój dostaniesz, jeśli uda ci się
wykonać to, co wymyśliłeś. Idz i obiecaj im w moim imieniu to, co chcesz. Przed końcem miesiąca
głowa Docci będzie się piekła na rożnie w moim kominku, ale zanim do tego dojdzie, jego ciało
będzie rozrywane rozgrzanymi do czerwoności hakami...
Dalej mówił w podobnym stylu, ale nie interesowało mnie to zbytnio. Był to tylko otwierający
ruch pionka. Teraz musiałem poprowadzić do ataku główne figury.
Kłaniając się uniżenie wyszedłem, pozostawiając go siedzącego na tronie. Coś pomrukiwał i
wymachując rękami rozlewał dookoła wino. Tym ludziom szybko zmieniał się nastrój.
Dreng spakował nasze nieliczne rzeczy i natychmiast wyruszyliśmy. Odeszliśmy daleko od
twierdzy i skręciliśmy w kierunku płynącej w pobliżu rzeczki. Jej brzegi porośnięte były trawą.
- Zostaniemy tu do rana - oznajmiłem. - Muszę obmyślić plan, a poza tym potrzebujemy
wypoczynku. Chcę mieć jasny umysł, gdy jutro zapukam do drzwi starego Dinobli.
Po długim, odświeżającym śnie, sytuacja wydała się całkiem jasna.
- Dreng - powiedziałem. - To będzie akcja jednoosobowa. Nie wiem, jak zostanę przyjęty i być
może będę potem zbyt zajęty martwieniem się o własną skórę, żeby mieć jeszcze czas na troszczenie
siÄ™ o ciebie. Wracaj do twierdzy Capo Dimonte i czekaj tam na mnie.
W rzeczywistości nie było żadnych drzwi, do których mógłbym zapukać. Zamiast tego przy
bramie stało dwóch ciężko uzbrojonych strażników. Przeszedłem przez pole, minąłem wraki machin,
które pokryły już czerwone plamy rdzy, i wszedłem na most zwodzony. Zanim zbliżyłem się do
strażników, przystanąłem, powoli wyjąłem pistolet i chwyciłem go za lufę.
- Mam ważną wiadomość dla tego, który tu dowodzi.
- Odwróć się i szybko odmaszeruj - powiedział wyższy strażnik, wycelowując we mnie pistolet.
- Capo Dinobli nikogo nie przyjmuje.
- Wcale nie chodzi mi o Capo - odparłem, zerkając na widoczny za jego plecami dziedziniec.
Przechodził tam właśnie wysoki człowiek w obszarpanym ubraniu, ale pod obdartymi
mankietami jego spodni dostrzegłem odbłysk plastikowych butów.
- Capo życzę jedynie dobrego zdrowia! - krzyknąłem głośno. - I mam nadzieję, że ma dobrego
gerontologa, który regularnie aplikuje mu synapsostymulaty.
Strażnik mruknął coś zmieszany, ale moje słowa nie były skierowane do niego. Człowiek na
dziedzińcu nagle się zatrzymał, a potem odwrócił się wolno. Zobaczyłem podłużną twarz i
przenikliwe, skierowane na mnie w milczeniu niebieskie oczy.
Podszedł i wciąż na mnie patrząc, zaczął rozmawiać ze strażnikiem.
- W czym problem?
- Nic, nic, szanowny panie. Odprawiałem właśnie tego tutaj.
- Pozwól mu wejść. Chcę go przesłuchać.
Strażnik opuścił pistolet i przeszedłem przez bramę.
Kiedy znalezliśmy się za zasięgiem słuchu strażników, wysoki mężczyzna odwrócił się do mnie
i zmierzył mnie od stóp do głów zaciekawionym spojrzeniem.
- Idz za mną - powiedział. - Chcę z tobą pomówić na osobności.
Nie odezwał się już, aż weszliśmy do jakiegoś pokoju i zamknęły się za nami drzwi.
- Kim jesteś? - zapytał.
- Wiesz, że właściwie miałem ci zadać to samo pytanie. Czy Liga wie, co tu robicie?
- Oczywiście, że wie. To oficjalna... - ugryzł się w język i uśmiechnął się. - To przynajmniej
dowodzi, że jesteś spoza planety. Nikt tu nie potrafi tak szybko myśleć ani nie wie tyle co ty. Siadaj i
powiedz, kim jesteś. Potem ocenię, ile mogę ci powiedzieć o naszej pracy tutaj.
- W porządku - odpowiedziałem opadając na krzesło i kładąc pistolet na podłodze. - Nazywam
się Jim. Byłem członkiem załogi veniańskiego frachtowca, dopóki nie zadarłem z kapitanem.
Wyrzucił mnie na tej planecie. To wszystko.
Wyciągnął notes i zaczaj zapisywać.
- Nazywasz się Jim. A nazwisko? Milczałem. Popatrzył na mnie spode łba.
- Dobrze, obejdziemy siÄ™ na razie bez tego. Jak siÄ™ nazywa kapitan?
- Sądzę, że zachowam tę informację na pózniej. Może teraz ty powiesz mi, kim jesteś? Odsunął
notes i usiadł wygodnie.
- To mi nie wystarcza. Nie znając twojej tożsamości nie mogę ci nic powiedzieć. Skąd
pochodzisz z Yenii? Jak siÄ™ nazywa stolica twojej planety? Kto jest Prezesem Rady Zwiata?
- To było dawno, zapomniałem.
- Kłamiesz. Jesteś takim samym Yeniańczykiem jak ja. Zanim dowiem się więcej...
- Co dokładnie musisz wiedzieć? Jestem obywatelem Ligi, nie jednym z miejscowych
opryszków. Oglądałem trójwymiarową telewizję, jadałem u MacSwineyów znanych na każdym
świecie, czterdzieści dwa miliardy utargu. Studiowałem elektronikę molekularną i mam czarny pas w
judo. Czy to ci wystarczy?
- Być może. Ale powiedziałeś mi, że zostałeś tu wyrzucony z veniańskiego frachtowca, a to nie
może być prawdą. Zabroniono jakichkolwiek niezatwierdzonych kontraktów ze Spiovente.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]