
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Carol Higgins Clark Quattro Diamanti Per Un Delitto
- Fatefully Yours 04 Hells Tempest
- Farmer, Philip Jose Riverworld 1 To your Scattered Bodies
- Nicholas Carr The Big Switch, Rewiring the World, from Edison to Google (2009)
- GR695. McCauley Barbara Prywatne śźycie gwiazdy
- Andrew Jackson Davis Death and the Afterlife
- Visual Studio NET NET Framework Czarna ksiega
- Antonio J Mendez The Master of Disguise (pdf)
- Jane vekony jegen tancol Rachel Gibson
- 255. Orwig Sara Wybór Falcona
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- acwpower.xlx.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Campbella i poło\ył mu dłoń na ramieniu.
Strasznie mi ciÄ™ \al, Alanie szepnÄ…Å‚ ale nie pozostawiasz mi wyboru. List mam ju\
napisany. Oto on. Widzisz adres. Jeśli mi nie pomo\esz, muszę go wysłać. Jeśli mi nie pomo\esz,
wyślę go. Wiesz, jakie stąd wyniknęłyby następstwa. Ale ty mi pomo\esz. Nie mo\esz się dłu\ej
wzbraniać. Chciałem cię oszczędzić. Będziesz chyba na tyle sprawiedliwy, by mi to przyznać. Ty
natomiast byłeś szorstki, twardy, obrazliwy. Postąpiłeś ze mną tak, jak nikt w \yciu ze mną
postępować się nie wa\ył, przynajmniej nikt z \yjących. Zniosłem wszystko. Teraz ja dyktuję
warunki.
Campbell ukrył twarz w dłoniach. Dreszcz nim wstrząsnął.
Tak, Alanie, teraz na mnie kolej dyktowania warunków. Znasz je. Rzecz jest całkiem
prosta. No, nie denerwuj się tak okropnie. To musi być zrobione. Spójrz konieczności w oczy i
spełń ją.
Jęk wyrwał się z piersi Alana. Dr\ał jak w febrze. Zdawało mu się, \e tykanie zegara na
gzymsie kominka dzieli czas na atomy męczarni, a ka\dy z nich jest zbyt cię\ki do zniesienia.
Miał wra\enie, \e powoli zaciska się dokoła jego czoła \elazna obręcz, \e hańba, którą mu gro\ą,
ju\ nań spadła. Ręka, spoczywająca na jego ramieniu, cię\ka była jak ołów. Przygniatała go
okropnie. Zdawała się go mia\d\yć.
No, Alanie, zdecyduj siÄ™.
Nie mogę tego zrobić rzekł mechanicznie, jak gdyby słowa zdolne były odwrócić
straszną konieczność.
Musisz. Nie masz wyboru. Nie zwlekaj dłu\ej.
Alan wahał się przez chwilę.
Czy pali się na górze?
Tak, jest tam piec gazowy.
Muszę pojechać do domu po niezbędne rzeczy.
Nie, Alanie. Nie przekroczysz tego progu. Napisz parę słów. Mój słu\ący pojedzie i
przywiezie wszystko, czego ci potrzeba.
Campbell nakreślił parę wierszy, osuszył pismo bibułą i zaadresował do swego asystenta.
Dorian wziął papier i odczytał go uwa\nie. Następnie zadzwonił na słu\ącego i wręczył mu list,
polecając wrócić jak najspieszniej.
Gdy drzwi komnaty zamknęły się za słu\ącym, Campbell zadr\ał nerwowo. Powoli dzwignął
się z krzesła i podszedł do kominka. Dygotał całym ciałem. Przez jakie dwadzieścia minut \aden
z nich nie rzekł ani słowa. Mucha, brzęcząc, latała po pokoju, a tykanie zegara rozlegało się jak
miarowe uderzenia młota.
Gdy wybiła pierwsza, Campbell się odwrócił i spojrzał na Doriana Graya, w którego oczach
błyszczały łzy. Czystość i delikatność tej smutnej twarzy zdawała się doprowadzać go do
wściekłości.
Jesteś nikczemnikiem, podłym nikczemnikiem szepnął.
Alanie, cicho. Ty mi uratowałeś \ycie rzekł Dorian.
Twoje \ycie! Wielki Bo\e! Có\ to za \ycie! Staczałeś się coraz ni\ej i ni\ej, a\ oto
doszedłeś do morderstwa. Robiąc to, do czego mnie zmuszasz, nie o twoim \yciu myślę!
Ach, Alanie szepnął Dorian z westchnieniem chciałbym, byś ty miał dla mnie
tysiączną część tego współczucia, jakie ja mam dla ciebie.
Mówiąc to, odwrócił się do Campbella i zapatrzył w ogród. Campbell nie odpowiadał.
Po chwili zapukano do drzwi. Wszedł słu\ący wnosząc du\ą mahoniową skrzynię z
chemikaliami, gruby zwój drutu stalowego i platynowego, i dwie dziwnego kształtu \elazne
klamry.
Proszę jaśnie pana, czy tu zostawić te rzeczy? zwrócił się do Campbella.
Tak odparł Dorian. Przykro mi, Franciszku, ale mam dla ciebie jeszcze jedno
zlecenie. Jak nazywa się ten człowiek w Richmond, który dostarcza orchidee do Selby?
Harden.
Tak& Harden. Otó\ trzeba natychmiast jechać do Richmond i osobiście rozmówić się z
Hardenem. Niech przyśle dwa razy więcej orchidei, ni\ zamówiłem, i mo\liwie najmniej białych.
Najlepiej, aby wcale nie było białych. Dziś jest bardzo ładny dzień, a Richmond to śliczna
miejscowość. Inaczej nie męczyłbym cię tym poleceniem, Franciszku.
Nic nie szkodzi, proszę jaśnie pana. Kiedy mam być z powrotem?
Dorian spojrzał na Campbella.
Alanie, jak długo potrwa twoje doświadczenie? spytał głosem spokojnym, obojętnym.
Obecność trzeciego człowieka zdawała się dodawać mu odwagi. Campbell zmarszczył czoło i
zagryzł wargi.
Około pięciu godzin odparł.
W takim razie wystarczy, jeśli wrócisz o pół do ósmej. Albo, Franciszku, zaczekaj.
Przygotuj mi moje rzeczy do wyjścia. Mo\esz mieć wolny wieczór. Nie będę jadł w domu, więc
jesteÅ› mi niepotrzebny.
Pięknie dziękuję, jaśnie panie rzekł słu\ący wychodząc.
A teraz, Alanie, nie ma ani chwili do stracenia. Jaka ta skrzynia ciÄ™\ka! Ja ci jÄ… zaniosÄ™. Ty
wezmiesz resztę rzeczy. Mówił szybko, rozkazująco. Campbell czuł się obezwładniony.
Wyszli razem.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]