
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Żuławski Andrzej Perse
- Fiona Brand Blade's Lady
- Daniken Erich DzieśÂ„ Sć…du Ostatecznego trwa od dawna
- Kundera Milan Niewiedza
- Jeff Inlo Delver Magic 1 Sanctum's Breach
- Lien_Merete_ _Zapomniany_ogród_06_ _Ucieczka
- Donna Sterling The Princess and the P.I. (pdf)
- Gerber Michael Barry Trotter. Tom 2 Barry Trotter I Niepotrzebna Kontynuacja
- Hailey Abbott Getting Lost with Boys
- Linda Farstein AC 01 Final Jeopardy (v1.1)
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- spholonki.keep.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Kac Wasi był zresztą niegrozny, trącił jakimś metafizycznym smutkiem,
melancholijnym żalem, akurat takim, by wsunąć się do kuchni i
porozmawiać z bratanicą, a ściślej zanucić jej jakąś piosenkę z
przydworcowego repertuaru. Bo mała Halinka była jedyną osobą, z którą
Wasia naprawdę potrafił się porozumieć. A w piosenkach była mowa o
rozłąkach, zawiedzionych nadziejach czy nawet niespełnionej miłości -
dajmy na to półtoratonowego MAZ-a do eleganckiej limuzyny ZIA - i
objawiała się w nich cała jego romantyczna natura.
I to właśnie zbliżało mnie z Wasią, ta jego romantyczność. Mimo że
moja była całkiem innej proweniencji.
Nic dziwnego, skoro się zważy, że odkąd wyrzucono mnie z technikum,
zmogłem nie tylko drugą część Potopu, ale też resztę otrzymanej w
niechcianej schedzie biblioteki. Jeszcze nie byłem w pełni świadom
rozległych skutków przejęcia tak nagłego spadku, a już nasiąkałem
stereotypami polskości, już się rodził we mnie imperatyw straceńczych
decyzji i czułem lekkość zawrotnego pędu donikąd, a nawet łopot skrzydeł
u ramion. Fermentowała już we mnie słodka trucizna szaleńczej
niepowagi, permanentnego stanu nieważkości. A przede wszystkim nie
opuszczała mnie pewność, że kto jak kto, ale ja tę wojnę przegrałem z
kretesem.
I dlatego chyba tak swojsko się czułem wśród inwalidów, że pod tym
względem (mam na myśli tę pewność) każdy z nich był po trosze
Polakiem.
Skądinąd w chwilach słabości nader ochoczo przyznawali się do każdej
innej narodowości poza własną.
Nie ma na to sposobu: Rosja już pewnie na zawsze pozostanie obsesją
Polaków, tak jak Polska obsesją Rosjan. Dziś mam to przerobione, lecz
wtedy zaczynałem już żywić poważne wątpliwości co do istnienia Rosjan
jako takich. Nawet matka mojej sympatii była z domu Barszczewska,
nawet babcia Podlipalin, że nie wspomnę już o panu S., powoływała się
półgębkiem na jakieś tam koligacje, mimo że żadne z nich nie opanowało,
jak ja, zawiłości alfabetu łacińskiego w odwecie za ruszczonych w
Kazachstanach Sarmatów.
Wyglądało na to, że jeśli coś jeszcze trzyma w kupie tę piekielną ruską
mieszankę narodowościową, to tylko potężny ładunek ksenofobii; jeśli
jeszcze istnieją jako naród, to tylko w opozycji do tych wszystkich
składników, które na tę szczególną kompozycję się złożyły.
Lecz wracając do inwalidów, czułem się wśród nich na tyle swojsko, że
musieli mnie uznać za świra i to tak nieuleczalnie kopniętego w móżdżek,
że zaczęli traktować jako swojego. W końcu szurniętych i nawiedzonych
od wieków darzyło się na Rusi szczególnymi względami, a Wasia musiał
zdradzić kompanom, że pisuję wiersze.
Ano istotnie zacząłem wtedy pisać wiersze. Może po prostu, nie
wystarczało mi już bierne obcowanie z machiną czasu, a mając wciąż w
pamięci niezrealizowany pomysł wyprawy rowerowej, znów zapragnąłem
dosiąść własnego pojazdu. W każdym razie strzępy lektur w na poły
utajnionym języku oraz folklor reprezentowany przez rozbitków wielkiej
armii, przewalajÄ…cych siÄ™ przez miasto na swych amatorskich
deskorolkach - to były dwa główne zródła inspiracji mojej ówczesnej
twórczości.
Trzecim była wspomniana już parokrotnie dziewczyna, oczywiście ta
sama, z warkoczem do pięt.
Bo zaczęliśmy właśnie chodzić ze sobą, ta dziewczyna i ja. To chodzenie
było o tyle osobliwe, że chadzaliśmy we trójkę.
Nieco starszy od nas Ten Trzeci - nieodłączny rywal, serdeczny
przyjaciel, intymny powiernik, w którego oczach, co zrozumiałe, to ja
uchodziłem za Trzeciego - miał nade mną tę jeszcze przewagę, że wrócił
spod Stalingradu. Był sąsiadem z naprzeciwka, kumplem z podwórka, z
którym spędziłem niejedną bezsenną noc na dachu w pierwszym roku
wojennych alarmów. Pewnego dnia zniknął, by po dwóch latach objawić
się w moich drzwiach w szynelu, o kuli i z workiem na plecach. Właśnie w
moich drzwiach, gdyż bał się wracać do domu bez jednej nogi. W parę dni
pózniej ukradłem dla niego w szkole wystawione in blanco świadectwo
maturalne, wpisałem jego nazwisko i podrobiłem podpisy nauczycielskie.
I odtąd chodziliśmy we trójkę. Opromieniony nimbem frontowego
męstwa, aurą obronną inwalidztwa wojennego, już samą swoją obecnością
sprawiał, że z dala omijała nasz trójkąt śródmiejska żulia.
Prawdę mówiąc, nie miałem zbyt wiele szans w tym
współzawodnictwie. Bo to nie był klasyczny trójkąt, raczej trojka, stary
rosyjski zaprzęg trójkonny, w którym robiłem za przyprzęgowego. %7łeby
było śmieszniej, czułość, jaką obaj otaczaliśmy przedmiot naszych
zalotów, w przewrotny jakiś sposób rozciągała się i na nasz, teraz już
przymusowy związek. Niewyjaśnioną zagadką pozostawało jedynie to, w
jakiej proporcji dzieli między nas swoje uczucia nasza sympatia. Bo też ta
dziewczyna sama w sobie była jedną wielką zagadką.
I tę właśnie zagadkę usiłowałem rozwiązać w swoich wierszykach. I
gdybym był na niej poprzestał, już miałbym zapewnione całkiem
przyzwoite audytorium poetyckie. Ale gdzie tam, poniosło mnie,
sięgnąłem po następne. Mam na myśli: zagadki. I to całkowicie odmienne.
Za wiele ich było dokoła. Tak wiele, że zaroiło się wówczas w Moskwie
od domorosłych poetów. I wiersze ich, pełne buntu, goryczy i żalu,
powielano, naśladowano i recytowano przy byle okazjach, zawsze jednak
w gronie osób nadzwyczaj zaufanych, popisując się przed nimi odwagą
myślenia, czyli wypowiadaniem niezbyt odkrywczych, acz dawno już nie
słyszanych sądów.
Bo też sądy te dotyczyły całości. To nie pózny Gorbaczow, nie wczesny
Jelcyn wymyślili głasnost' czy pierestrojkę. To myśmy je wymyślili -
[ Pobierz całość w formacie PDF ]