
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- Dragonlance Anthologies 01 The Dragons Of Krynn
- Kurtz, Katherine Adept 01 The Adept
- Bova, Ben Orion 01 Orion Phoenix
- James M. Ward The Pool 01 Pool of Radiance
- Trylogia mgły 01 Książe Mgły Carlos Ruiz Zafon
- Essentials of Maternity Newborn and Women's Health 3132A 01 p001 020
- Mackenzie_Myrna_ _Narzeczone_z_Red_Rose_01_ _Odnaleziona_muzyka_
- 11.Oblicza namietnosci 01 Zapach kobiety Jo_Leigh
- Carole Cummings [Aisling 01] Guardian [Torquere] (pdf)
- Barton Beverly Cherokee Point 01 Piąta ofiara
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- soffa.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Więc Andrew:
- Zaraz. O co tutaj chodzi?
Wtedy ten człowiek za kontuarem biura pośrednictwa pracy podnosi słuchawkę telefonu i
mówi:
- Panie Williams, mam tu pewien problem. Taa, zaraz przyjdÄ™.
A potem stawia przed sobÄ… plakietkÄ™ z napisem Okienko nieczynne i dodaje:
- ProszÄ™ za mnÄ…, panie Marshall, panienko...
I trzyma w górze klapę kontuaru, żebyśmy mogli za nią wejść.
A potem prowadzi nas do tego małego pokoju - pustego, pomijając biurko, kilka półek, na
których nic nie leży, i krzesło - na zapleczu biura pośrednictwa pracy.
Po drodze na zaplecze czuję, że wszyscy na nas patrzą - i ludzie z kolejki, i pracownicy zza
kontuaru, a ich spojrzenia palą mnie w kark. Niektórzy coś szepczą. Niektórzy się śmieją.
Trwa to z dobrych pięć sekund, zanim wreszcie orientuję się dlaczego.
Bo wtedy dociera do mnie, że znów to zrobiłam. Tak. Znów otworzy-łam swoją wielką,
niewyparzoną, głupią gębę, kiedy powinnam była trzy-mać ją na kłódkę.
Ale skąd miałam wiedzieć, że biuro pośrednictwa pracy to miejsce, gdzie Brytyjczycy
zgłaszają się po zasiłek dla bezrobotnych?
I w ogóle co Andrew sobie wyobraża, rejestrując się po zasiłek dla bezrobotnych, skoro nie
jest bezrobotny?
Tyle że Andrew chyba nie widzi tego w taki sposób - no wiecie, jako coś nielegalnego. Co
chwila otwiera usta i wyrywa mu siÄ™:
- Ale przecież wszyscy to robią!
Bo zdaje się, że ludzie z biura pośrednictwa pracy są innego zdania, jeśli można coś
wnioskować ze spojrzenia, jakie nam rzuca urzędnik, zanim idzie znalezć swojego
przełożonego".
- Posłuchaj, Liz - mówi do mnie Andrew w tej samej minucie, kiedy urzędnik znika z pokoju.
- Wiem, że nie miałaś zamiaru, ale kompletnie pogmatwałaś mi sprawę. Nic mi nie zrobią,
jeśli po powrocie tego faceta powiesz mu, że się pomyliłaś. %7łe zaszło małe nieporozumienie i
ja wczoraj wcale nie pracowałem. W porządku?
PatrzÄ™ na niego skonsternowana.
- Ale, Andrew... -W głowie mi się nie mieści, że to się dzieje. Musiała zajść jakaś pomyłka.
Andrew - mój Andrew, który będzie kiedyś uczył dzieci czytać - nie może wyłudzać zasiłku.
To po prostu niemożliwe. - Przecież wczoraj pracowałeś. Czy nie tak? Powiedziałeś mi, że
idziesz do pracy. To dlatego zostawiłeś mnie samą z twoją rodziną na cały dzień i większość
wieczoru. Bo pracujesz jako kelner. Prawda?
- Prawda - odpowiada Andrew. Zauważam, że się poci. Jeszcze nigdy nie widziałam, %7łeby
Andrew się pocił. Ale wzdłuż linii włosów widać wy-raznie połysk wilgoci. Linii włosów,
która, jak widzę, zaczyna się nieco cofać. Czy któregoś dnia będzie równie łysy jak jego
ojciec? - Prawda, Liz. Ale musisz dla mnie trochę ich okłamać.
- Okłamać - powtarzam zmieszana. Tak jakbym... zaczynała rozumieć, co on do mnie mówi.
Rozumieć te słowa.
Tylko nie mogę uwierzyć, że Andrew - mój Andrew - wypowiada te słowa.
- To tylko takie niewinne kłamstewko - wyjaśnia Andrew. -To nie jest takie niewłaściwe, jak
ci się wydaje, naprawdę, Liz. Kelnerzy zarabiają tutaj gównianą kasę, nie tak jak w Stanach,
gdzie masz zagwarantowane piętnaście procent napiwków. Przysięgam ci, wszyscy kelnerzy,
jakich znam, też są na zasiłku...
- No ale... - mówię. W głowie mi się nie mieści, że to się dzieje. Naprawdę, nie mieści. - To
jeszcze nie znaczy, że tak wolno. Tak czy inaczej, to jest... trochę nieuczciwe, Andrew.
Odbierasz pieniądze ludziom, którzy rzeczywiście ich potrzebują.
Jak on może tego nie rozumieć? Chce uczyć dzieci z zaniedbanych rodzin... Tych samych
rodzin, dla których rzeczywiście przeznaczone są pieniądze, do których rości sobie takie
prawa. Jak on może tego nie wiedzieć? Na litość boską, przecież jego matka jest
pracownikiem socjalnym! Czy ona wie, że jej syn tu przychodzi po dodatkowy zastrzyk
gotówki?
- Ja ich potrzebuję - upiera się Andrew. Teraz poci się mocniej, chociaż we wnętrzu małego
gabinetu panuje całkiem przyjemna temperatura. To znaczy, ja jestem jedną z tych osób,
Liz. I to wcale nie jest łatwe znalezć dobrze płatną pracę, kiedy wszyscy wiedzą, że za kilka
miesięcy i tak wracasz z powrotem na studia...
No cóż... Ma tu trochę racji. To znaczy, mnie się udało dojść do stanowiska zastępczyni
kierowniczki sklepu Vintage to Vavoom, ponieważ przez cały rok jestem na miejscu.
I dlatego że jestem bardzo dobra w tym, co robię.
Ale i tak...
- I wiesz, ja to robię nie tylko dla siebie. Chciałem, żebyś mogła miło spędzić czas, kiedy tu
jesteś - ciągnie Andrew, zerkając nerwowo w stronę uchylonych drzwi gabinetu. - Zabierać
cię w jakieś fajne miejsca, zaprosić na parę sympatycznych posiłków. Może nawet zabrać
ciÄ™... Sam nie wiem. Na jakÄ…Å› wycieczkÄ™ statkiem czy coÅ›.
- Och, Andrew. - Serce wypełnia mi się miłością do niego. Jak mogłam pomyśleć, no cóż, to,
co sobie o nim pomyślałam? Może zabrał się do tego w niewłaściwy sposób, ale intencje miał
szlachetne.
- Ależ, Andrew. Zaoszczędziłam masę kasy. Nie musisz tego dla mnie robić - to znaczy
pracować tak długo i... hm, pobierać zasiłku czy co to właściwie jest. Ja mam mnóstwo
pieniędzy. Dla nas obojga.
Nagle nie wydaje się już taki spocony.
- Naprawdę? Więcej niż wymieniłaś dzisiaj w banku?
- Oczywiście. Odkładałam ze swojej wypłaty w sklepie od wieków. Chętnie się tym podzielę.
- I mówię to zupełnie szczerze. Mimo wszystko jestem feministką. Nie widzę żadnego
problemu w kwestii wspierania fi-nansowego mężczyzny, którego kocham. Absolutnie
żadnego problemu.
- Ile? - pyta szybko Andrew.
- Ile mam? - Patrzę na niego i mrugam oczami. - No cóż, ze dwa tysiące...
- Serio? Rewelacja! To mogę trochę od ciebie pożyczyć?
- Andrew, mówiłam ci. Z największą radością zapłacę za nas, kiedy gdzieś pójdziemy...
- Nie, chodzi mi o to, czy mogę pożyczyć trochę z góry? - pyta Andrew. Przestał się już
pocić, ale teraz na odmianę twarz ma jakby ściągniętą. Co chwilę zerka na drzwi, w których
może pojawić się przełożony tego urzędnika zza kontuaru. -Widzisz, ja jeszcze nie zapłaciłem
czesnego za szkołę...
- Czesnego? - powtarzam.
- Właśnie - mówi Andrew. Teraz uśmiecha się szeroko, z lekkim zażenowaniem jak dziecko
przyłapane z ręką w słoiku z cukierkami. -Widzisz, miałem tu taką kompletną obsuwę, tuż
przed twoim przyjazdem. Czy ty kiedyś czasem chodziłaś na te pokerowe wieczory w
akademiku McCracken?
W głowie mi wiruje. Poważnie.
- Wieczory pokerowe? Akademik McCracken?
O czym on mówi?
- Taa, była tam cała grupa asystentów, którzy co piątek wieczór grali w teksańskiego pokera.
Kiedyś z nimi grywałem i nawet niezle mi to szło...
Ten Angol - powiedział Chaz o kimś... Teraz widzę, że tym kimś był Andrew. - Ten, który
prowadzi nielegalne rozgrywki w pokera na siódmym piętrze".
- To byłeś ty? - Gapię się na niego.- Ale... Ale ty jesteś opiekunem piętra. Hazard w
akademiku jest zakazany.
Andrew rzuca mi niedowierzajÄ…ce spojrzenie.
- Owszem - mówi. - Może i tak, ale wszyscy to robili...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]