
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- James M. Ward The Pool 01 Pool of Radiance
- James Axler Outlander 21 Devil in the Moon The Dragon Kings, Book 1
- James Fenimore Cooper Oak Openings (PG) (v1.0) [txt]
- James Clavell Asian Saga 03 King Rat
- James Axler Outlander 02 Destiny Run
- James Axler Deathlands 047 Gaia's Demise
- James Axler Deathlands 059 Amazon Gate
- James Doohan Flight Engineer Volume 1 The Rising
- Scenariusz mordercy James Patterson, Marshall Karp
- James White SG 10 The Final Diagnosis
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- ilemaszlat.htw.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Powoli - powiedziała Laurie. - To nie będzie takie proste. Nie możesz zwyczajnie wejść na statek i odfrunąć.
Niełatwo dostać miejsce na statku.
- Jak? - zapytałem. - Co mogę zrobić? Kto...? Pisała coś na kawałku papieru. Podsunęła mi go.
- Masz. Poszukaj tego człowieka. Pracuje dla Handlarzy. Znajdziesz go w porcie. Pokaż mu tę kartkę, a on ci
pomoże. Tylko, że to może drogo kosztować. Masz pieniądze?
Sięgnąłem do pasa, ale zatrzymałem się.
- Tak - powiedziałem. Spojrzałem na kartkę.
George Falescu:
Proszę pomóż temu człowiekowi
w znalezieniu miejsca na statku.
To bardzo ważne dla
Laurie"
Tylko tyle. Wyrazny charakter pisma bez zbędnych ozdób. Zdecydowany i czytelny podpis. Zamiast kropki nad i"
postawiła małe kółeczko. Laurie udzieliła mi kilka wskazówek.
- Nie idz prosto do portu. Idz okrężną drogą, zatrzymuj się i patrz, czy ktoś cię nie śledzi. A w porcie nie zaczepiaj
pierwszej osoby, którą spotkasz. Poczekaj przy warsztatach, dopóki ktoś nie zapyta cię, czego chcesz. Pokaż mu
list. - Westchnęła. - A reszta nie zależy już od ciebie.
Wstałem od stołu i spojrzałem na Laurie. Jej twarz była tak nisko.
- Nie potrafię powiedzieć nic, co mogłoby wyrazić moją wdzięczność. Nie wiedziałem, że na świecie są ludzie tacy
jak ty. Dzięki tobie świat wydaje mi się lepszy. Do widzenia, Laurie. %7łegnaj, na zawsze.
Podszedłem do drzwi nie oglądając się, nie miałem odwagi.
- Will! - Laurie stała przy mnie, odwróciła mnie twarzą do siebie. - Nie dziękuj mi, dopóki nie będziesz bezpieczny.
Uważaj! Nie ryzykuj! I... i...
Jakby chcąc wyrazić to, czego nie potrafiła ująć w słowach, przyciągnęła bez wysiłku moją głowę do swojej. Stanęła
na palcach i przycisnęła wargi do m0ich ust.
jej wargi były ciepłe, miękkie i słodkie. I za chwilę już ich nie było, i jej nie było, a ja wyszedłem na słońce, schodami
w dół, do czarno-białego miasta.
X
Królewskie Miasto.
Widziałem je takim, jakim widziałby je obcy wędrując ulicami, zalane białym blaskiem porannego słońca. Miasto
bezlitośnie odsłonięte, ogołocone z kolorów, nagie w swojej rażącej bieli i czarnych cieniach.
Miasto upadku. Przesycone gnijÄ…cym czasem.
Szedłem przez to miasto powoli, bacznie wytężając wzrok. Mijałem setki przepełnionych domostw: walące się-
kamienne budynki, nieustannie łatane kruszącym się tynkiem, plastykowe szopy, popękane i dziurawe, brudne
magazyny, poplamione sadzÄ… i zaciekami.
Przyglądałem się mieszkańcom: chłopom wracającym z targu na pola, wyzwoleńcom śpieszącym w różnych
kierunkach, wykwalifikowanym robotnikom, wyróżniającym się dumnie wyeksponowanymi znakami na kurtkach. A
jeśli ten znak był biały, szacunek łączył się ze strachem. Biel oznacza pracę z substancjami radioaktywnymi.
Towarzyszem takich robotników jest śmierć.
Ale wszyscy usuwali się przede mną. Ich oczy mówiły do mnie, zanim odwracali je pośpiesznie: Jestem biedny" -
mówiły - i nędzny, i nieważny. Możesz mnie zabić, ale szkoda twojego wysiłku dla kogoś tak małego i
bezwartościowego jak ja. Nie wiem nic, nie mam nic, jestem niczym". A czasem: Gdybyśmy byli sami, gdybym
spotkał cię w jakiejś małej uliczce, rannego albo śpiącego...".
Milkli zbliżając się do mnie. Rozmowy urywały się gwałtownie...
- ... najlepiej podlegać bezpośrednio Imperatorowi. Wtedy jest tylko jeden -pan...
- ... Baron wezwał moją najstarszą. Wróciła zalana łzami, ale łzy szybko wysychają, a Baron obiecał...
- ... zbiory są kiepskie, a pan żąda więcej, coraz więcej. Nie ma nic do jedzenia. Mój drugi syn umarł dzisiaj...
- ... tylko jeden zginął dzisiaj od pyłu...
- ... dziś wieczorem dają Szlachetnego Chłopa". Moja ulubiona...
- ... nie, nie Córkę Wyzwoleńca"... Zmiech, szybko powstrzymany.
Mijałem, mijałem, bez końca mijałem istnienia, cenne istnienia, każde z marzeniami bez słów, które mogłyby je
wyrazić, każde z walką bez wiedzy, która pozwoliłaby ją ocenić. Istnienia, istnienia, miliony jałowych istnień. Dodać
je, pomnożyć przez niezliczone zamieszkane planety, a ciężka suma nieszczęścia wytrąciłaby gwiazdy z ich
odwiecznych torów.
Czułem się chory.
- ... moja biedna córka. Była moją ulubienicą, ale nie mieliśmy pieniędzy i robi to, co musi...
- ... oszczędzaliśmy na własny sklep, a potem - ten specjalny podatek...
30
- ... wniosłem prośbę do Barona, a pózniej do Imperatora - naszego błogosławionego Imperatora...
- ... gdyby nie jego czujność, już dawno bylibyśmy podbici, a kraj spustoszony...
- ... dziesięcioro dzieci, przyjacielu, wszystkie umarły...
Okolica stopniowo zmieniała się. Tu teatr, tam nędzny sklepik. Coraz mniej chłopów i wyzwoleńców. Pojawiły się
grupy najemników snujących się bezczynnie, ani jednego Agenta. Sklepy stawały się coraz bogatsze, teatry
kunsztownie zdobione.
Nigdy w życiu nie widziałem Handlowca, ale poznałem ich od razu. Mieli olśniewające ubrania, o obcym kroju, z
błyszczącymi, dziwnymi ozdobami. Przyglądali się wystawom sklepów albo przejeżdżali długimi samochodami o
opływowych kształtach. Jakiś helikopter usiadł na niskim dachu. Wysiadło kilkoro mężczyzn i kobiet z wyższej sfery.
Mieli na sobie proste, ale piękne stroje. Przez chwilę stali na dachu, spoglądając w dół, potem zeszli do sklepu.
Przystanąłem przed sklepem, żeby zorientować się, gdzie jestem. Ulica zapełniona była najemnikami, hałaśliwymi,
roześmianymi, dumnie paradującymi z przypiętą do pasa bronią. Gdzieś w tłumie mignął mi czarny mundur, ale
mógł to być pilot.
Sklep, przy którym stanąłem, specjalizował się w importowanych materiałach. Po drugiej stronie znajdowała się
gospoda, taka jak ta, w której byłem poprzedniej nocy. W oddali poranne słońce oblewało kaskadą promieni wysoką
i okazałą kopułę królewskiego pałacu. Z łatwością panowała nad miastem, symbol przepychu nad nędznym
światem.
Wyprostowałem się. Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałem się dyskretnie. Wszyscy wyglądali
dość niewinnie. Mijali mnie pochłonięci rozmowami. Wspaniali, kolorowi i beztroscy. Odetchnąłem z ulgą.
Port był za pałacem, na skraju miasta...
Ktoś chrząknął obok mnie. Odwróciłem głowę. Niski mężczyzna w stroju sprzedawcy starał się wyglądać na jeszcze
mniejszego niż był w rzeczywistości W jego małych, niespokojnych oczach widać było strach.
- Panie-zaczął niepewnie-jaśnie panie, czy... czy zechciałby pan wejść do środka?
Pokręciłem głową.
- Niech pan wybierze - ciągnął rozpaczliwie - co pan chce ze sklepu. To będzie dla nas zaszczyt. Gdyby tylko pan
zechciał stąd odejść. Odstrasza pan naszych klientów. Ci, którzy są na zewnątrz, boją się wejść, ci w środku boją
się wyjść...
Patrzyłem na niego. Kurczył się i niknął w oczach. Odwróciłem się. obserwując jego powrót do sklepu. Spojrzałem w
[ Pobierz całość w formacie PDF ]