
pobieranie * pdf * do ÂściÂągnięcia * download * ebook
Podobne
- Strona startowa
- James M. Ward The Pool 01 Pool of Radiance
- James Axler Outlander 21 Devil in the Moon The Dragon Kings, Book 1
- James Fenimore Cooper Oak Openings (PG) (v1.0) [txt]
- James Clavell Asian Saga 03 King Rat
- James Axler Outlander 02 Destiny Run
- James Axler Deathlands 047 Gaia's Demise
- James Axler Deathlands 059 Amazon Gate
- James Doohan Flight Engineer Volume 1 The Rising
- Scenariusz mordercy James Patterson, Marshall Karp
- James White SG 10 The Final Diagnosis
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- alpsbierun.opx.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
niczym, dopiero stuk rewolweru, padającego z bezwładnej garści na podłogę, napełnił
jej oczy przerażeniem. Podparła go ramieniem i powiodła w kąt, do Tary. Zataczał się
jak pijany, po paru krokach upadł. Leżąc słyszał, jak Marge łka i zawodzi nad nim.
Osłabienie mijało z wolna. Unosząc niepewną rękę pomacał brodę. Szczęka była cała,
nienaruszona, tylko lepka od krwi.
To był po prostu nokaut zażartował, z trudem dobywając słów ze
zdławionego gardła. Szczapa uderzyła mnie w szczękę. Głupstwo...
Siadł, wciąż wspomagany jej ramieniem. W ciągu trwającego parę minut
zamieszania, żadne nie zdołało się połapać, że strzały już ucichły. Raptem grzmotnęło
coś o drzwi. Chata się zatrzęsła. Drugi cios, trzeci, nadwątlone belki poczęły się
przeginać do wnętrza. Dawid spróbował wstać, opadł bezsilnie i tylko ręką wskazał
rewolwer.
--- Daj mi broń! Szybko!
Marge skoczyła z krzykiem. Podniosła właśnie rewolwer, gdy drzwi pękły z
trzaskiem, a zanim zdołała się odwrócić, prześladowcy wpadli już do chaty: Hauck i
Henry na przedzie, Brokaw tuż za nimi. Dawid chwiejnie usiłował wstać. Rewolwer
zahuczał raz jeden, po czym Dawid zobaczył Marge wydzierającą się daremnie z objęć
Brokawa. Wrzeszczała przy tym:
Tara! Tara! Tara!
Hauck, z twarzą wykrzywioną, istny demon, dopadł Dawida. Spleceni, zwalili
się na ziemię. Dawid nie widział już nic, posłyszał natomiast grozny ryk i łomot
ciężkiego ciała, a zaraz potem okropne, wilcze warczenie Bariego. Hauck dusił Dawida,
lecz w chacie kotłowało się wszystko, kłębiło i naraz palce Haucka zmiękły, opadły jak
martwe. Poderwał się z ziemi, chciał uciekać i nie zdążył. Bure zwierzę spadło nań jak
kamień wyrzucony z procy. Kły długie na cal wpiły się w kark człowieka.
Dawid wstał. Marge podbiegła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję, łkając cały
czas półprzytomnie. Tara, Tara, Tara...
Ukrył jej głowę na swojej piersi. Widok był zbyt okropny. Henry zginął, Hauck
zginął. Brokaw zginął także, rozszarpany na kawałki pazurami i zębami wielkiego
grizzly. Dawid przeprowadził dziewczynę poprzez tę trupiarnię do drzwi. Zwieże
powietrze orzezwiło ich nieco. Słońce błysło im wprost w twarze. Pod stopami rozesłał
się kobierzec wonnych traw i kwiatów. Pogodny letni dzień roztoczył się wokół.
Spojrzawszy w dół dostrzegli dwóch ludzi, dwóch niedobitków, ratujących życie w
ucieczce.
27. Michał O'Doone
Dawid długo tulił dziewczynę do siebie, ona zaś z głową ukrytą na jego piersi,
płakała cicho. Uspokoiła się wreszcie łkając tylko nerwowo od czasu do czasu.
Wtenczas dłonią uniósł ku górze wilgotną twarzyczkę. Ucałował drżące wargi. Oczy jej
obeschły zaraz i błysnął w nich niezmącony błękit. Wyszeptała jego imię. W tym
szepcie i w tym wejrzeniu było głębokie uczucie.
To o Jego bała się przede wszystkim, o mego, nie o siebie. Przyglądała mu się z
rozczuleniem, z radosną niewiarą, jak komuś wydartemu cudem z objęć śmierci.
Na niespodziany szmer kroków w tyle Dawid odwrócił się gwałtownie i o
kilkanaście metrów przed sobą zobaczył Tarę, wyłażącego z chaty; przystanąwszy w
słońcu olbrzymi grizzly jął pomrukiwać gniewnie, jak gdyby wyładowując resztę złości,
a wielki łeb kołysał mu się to w prawo, to w lewo jak wahadło zegara. Za
niedzwiedziem wysuną! Się Bari, szczerzący jeszcze kły, gotów do walki z nowym
napastnikiem.
Objąwszy Marge wpół, Daw,d przeprowadz, ją do spoza którego niedawno
rozpoczął walkę, po czym posadził na gęstym kobiercu traw w ten sposób, by nie
widziała chaty
--- Poczekaj tu trochę, dziewczynko --- rzekł łagodnie. --- Ja muszę jeszcze załatwić coś
niecoś. Potem pójdziemy sobie stąd. --- Pójdziemy...
Wyszeptała słowo najciszej, najpobożniej, jak gdyby olśniły ją nagle
społem: słońce, księżyc i wszystkie gwiazdy. Powiodła oczyma po twarzy mężczyzny,
spojrzała w dolinę i znów przeniosła wzrok na niego.
Pójdziemy... powtórzyła.
Drżała trochę gdy odchodził, on zaś kroczył szybko chcąc jak najprędzej
załatwić ciężki obowiązek. W drzwiach zawahał się wiedząc, że zobaczy rzeczy
okropne. Pomyślał jednak, ze po prostu sprawiedliwości stało się zadość i to
przeświadczenie pokrzepiło go na duchu. Przekroczył próg.
Nie zamierzał się przyglądać niczemu, lecz mimo woli musiał to zrobić. Gdyby
nie różnica w wielkość, ciał nie umiałby odgadnąć, gdzie leży Hauck, a gdzie Brokaw,
gdyż Tara pastwił się nad obydwoma. Nie do wiary także było, że pazury i zęby mogły
tak zmasakrować zwłoki; sprawiały one raczej wrażenie bezkształtnych ochłapów mięsa
niż szczątków ludzkich. Dawid poskoczył do drzwi, chcąc sprawdzić, czy aby Marge za
nim nie poszła, potem, uspokojony, rozejrzał się znowu.
Henry leżał mu prawie pod nogami na wyłamanych deskach drzwi; Dawid
podniósł jego fuzję jako najbliższą. Teraz poszukał naboi; nie była to przyjemna robota.
U trzech trupów znalazł ich około pół setki. Opuścił chatę, niosąc fuzję oraz tobołek
Marge. Nie zatrzymując się prawie koło dziewczyny, ujął ją za rękę, po czym, krok w
krok, zeszli w dolinÄ™.
Sprawiedliwości stało się zadość powiedział Dawid w chwilę pózniej, a był to
jedyny komentarz do tego, co widział w chacie.
Na skraju zielonej łączki trafili na modrą strugę, która dalej nieco, tworzyła
miniaturowy staw. Dawid wyszukał miejsce osłonięte krzewami, po czym rozebrał się
do naga i zmył z siebie pot, kurz i krew. Opodal Marge spłukała twarz i ręce, a potem,
siadłszy na brzegu, dokończyła toalety za pomocą grzebyka Dawida. Gdy ją odszukał,
była cała okryta migotliwym płaszczem włosów. Wyglądała jak boginka. Przystanął w
zachwyceniu, tak szczęśliwy, że nie znajdował nawet słów dla wyrażenia tego szczęścia.
Lecz ona musiała wyczuć jego nastrój, gdyż obracając głowę, spytała:
Kochasz mnie bardzo, Sakewawin?
Więcej nizli życie własne odpowiedział Dawid poważnie. Lecz
przypomniał sobie rzeczywistość, niebezpieczeństwo mogące w dalszym ciągu grozić i
rzekł jeszcze:
Musimy iść dalej. Dwóch uciekło i jeśli znajdą w Gniezdzie pomoc, mogą
puścić się za nami w pogoń.
Słowa te zaskoczyły ją po prostu, zdołała zapomnieć o sprawach dopiero co
przebytych i nawet, jak jej się zdawało, niezmiernie odległych. Zdziwiona spojrzała w
głąb doliny. Potem potrząsnęła głową.
W Gniezdzie jest jeszcze dwóch rzekła. - Ale na pewno nie zechcą nas
ścigać. Zresztą zanim by ruszyli, my już będziemy po drugiej stronie gór.
Splotła włosy w dwa warkocze, podczas gdy on zarzucał na ramiona plecak.
Czuł się wesoło i beztrosko jak rozdokazywany uczniak. Zauważył ze śmiechem:
Wolę, gdy są rozpuszczone. Jesteś wtenczas śliczna! Poczerwieniała tak
silnie, jak gdyby cała krew zbiegła do jej policzków i
szybko zaczęła rozplatać włosy na nowo. Gdy okryły ją już niby płaszczem, podniosła
ku Dawidowi twarz i nie dotykając go rękami, zaczęła prosić:
Pocałuj mnie teraz, Sakewawin, pocałuj mocno, mocno!...
Dochodziła dwunasta, gdy stanąwszy na południowej przełęczy, zobaczyli w
dole zieloną dolinę, przeciętą srebrzystą wstęgą strumienia: miejsce pierwszego
spotkania. Cały krajobraz zdawał się do nich uśmiechać jak przyjaciel uradowany
powrotem dobrych druhów. Witał ich szmer płynącej wody, szept wiatru, poświsty
susłów, prażących się w słońcu. Przysiedli na moment dla wypoczynku. Marge siadła na
kolanach Dawida. Wskazała palcem błękitny horyzont na wschodzie.
Czy idziemy tam? spytała. Dawid zastanawiał się już poprzednio nad
obraniem kierunku. Jedynie na wschodzie mógł znalezć przyjaciół swoich i Marge. Co
[ Pobierz całość w formacie PDF ]